Wakacje, podczas których męża zastąpiła przyjaciółka. I ktoś jeszcze..:)
Na te wakacje czekałam z niecierpliwością. Od dawna wyczekiwany urlop wreszcie miał się ziścić. Ostatnie dwa tygodnie maja wraz z mężem spędzić miałam w Grecji, w hotelu Vasia Beach Hotel w miejscowości Sissi na przepięknej Krecie. Wyczekując dnia wyjazdu, systematycznie uzupełniałam listę rzeczy do zabrania oraz czynności, które wypadało zrobić przed odlotem. Te cudowne dwa tygodnie, które mieliśmy zaklepane na błogie lenistwo, miały nas zregenerować i naładować nasze baterie na full. Nic więc dziwnego, że kiedy pakując walizki, usłyszałam od męża, iż ten nie jedzie, poczęła we mnie wzbierać złość.
- Jak to nie możemy jechać? - wyrzuciłam, gwałtownie odwracając się od pakowanej właśnie walizki. - Wszystko zarezerwowane, opłacone, a ty mówisz, że nie możemy jechać?! Co z tobą?
- Ja nie mogę jechać - sprostował Daniel łagodnie. - Kontrakt, który teraz podpiszemy, otworzy przed nami wiele nowych drzwi. Wiele prestiżowych drzwi - mówiąc to, ujął delikatnie moją dłoń. - Wiem, jak niecierpliwie czekałaś na ten wyjazd, jak się na niego cieszyłaś. Szkoda by było, żeby przepadł. Dlatego myślę, że powinnaś jechać. Beze mnie - zakończył.
Stałam osłupiała.
- Jak ty to sobie wyobrażasz? - wyrwałam dłoń z jego uścisku. - Mam jechać sama w miejsce, gdzie nikogo nie znam? - zła obróciłam się w stronę walizki.
- Właśnie dlatego pomyślałem, że odstąpię swój bilet Kasandrze. Na pewno z chęcią dotrzyma ci towarzystwa - odparł, kładąc swoje dłonie na moich barkach. - Poza tym zawsze byłaś przebojową kobietą, więc myślę, że szybko "wtopisz się" w klimat - zakończył z uśmiechem.
Cóż, nieźle to sobie wykombinował. Wiedział, iż będę zła, więc podstawił mi Kasandrę - moją najlepszą przyjaciółkę. Istniało tylko jedno "ale"...
- Kasandra? - spytałam, ponownie odwracając się do Daniela przodem. - A nie boisz się o mnie? Przecież wiesz, że Kasandra to największa flirciara pod słońcem.
- Ale wierzę w ciebie - odparł. - Gdybyś chciała mnie zdradzić, zrobiłabyś to, niezależnie od miejsca.
Może miał rację. Uśmiechnął się, na co ja uczyniłam to samo.
- Myślę, że powinnaś zadzwonić do przyjaciółki - rzekł w końcu.
Tak też zrobiłam.
***
- No co ty, żartujesz? - wykrzyknęła Kasandra po drugiej stronie słuchawki. - Jak dla mnie bomba! Pewnie, że jadę!
Entuzjazm mojej przyjaciółki był zaraźliwy. Czas jakiś trajkotałyśmy o zbliżających się wakacjach, zupełnie jak małe dziewczynki, widząc w myślach obraz, który zastaniemy na miejscu. A teraz miałyśmy go przed sobą.
Lot był bardzo przyjemny, obsługa bardzo miła. Na zmianę to czytałyśmy, to gawędziłyśmy, popijając drinki oraz podziwiając widoki za oknem, to drzemałyśmy. Po wylądowaniu przesiadłyśmy się do podstawionej przez hotel limuzyny podczas, gdy szofer przeniósł nasze bagaże do kufra. Z lotniska do hotelu dzieliło nas 45 kilometrów. Na miejscu szofer otworzył przed nami drzwi, równocześnie pomagając nam wysiąść.
- Dobry Boże w niebiosach! - wyszeptała moja przyjaciółka, podziwiając gmach hotelu. - Ależ to kolumbryna! Ile wyście wyłożyli za pobyt tutaj? Albo nie mów. Do końca życia nie odpłacę się wam za te wakacje.
Popatrzyłam na nią jak na wariatkę.
- Nie bądź głupia! - ofuknęłam ją. - Gdybyś nie przyjechała ze mną, ta kasa po prostu by przepadła. Chodź - rzuciłam, ruszając za boy'em hotelowym, który grzecznie przedstawił się oraz poinformował nas, iż od tej pory jest do naszej prywatnej dyspozycji 24 godziny na dobę.
- Macie boy'a na wyłączność? - wyrwało się Kasandrze - Jezuuuuu... Czym jeszcze mnie zaskoczysz?
Roześmiałam się.
- Chodź - powtórzyłam.
Ruszyłyśmy w ślad za chłopakiem w liberii, który zobowiązał się dostarczyć nasze bagaże do pokoju. Z rozbawieniem obserwowałam wyraz pogłębiającego się zdumienia, który rozprzestrzeniał się na twarzy mojej przyjaciółki w miarę, jak naszym oczom ukazywały się kolejne, dech zapierające, widoki.
- Ależ basen! Spokojnie zmieściłyby się w nim dwie drużyny futballowe!
Roześmiałam się. Taka była właśnie Kasandra. Jej komentarze zwalały z nóg. "Achom" i "ochom" nie było końca, jednak nasz pokój, a w zasadzie apartament, przebił wszystko. Stałyśmy w pięknie urządzonym, jasnym oraz przestronnym pomieszczeniu, w którym samo łóżko było wielkości łazienki w przeciętnym mieszkaniu. Czekałam na jakąś reakcję, jednak Kasandra uparcie milczała. Boy tymczasem odstawił nasze walizki na perski dywan tuż koło łóżka, po czym - dostawszy 20 dolarów napiwku - dyskretnie zmył się z pola widzenia.
Rozejrzałam się. Pokój był naprawdę wielki. Na wprost znajdował się rząd panoramicznych okien, przesłoniętych półprzezroczystymi, białymi firanami, za którymi znajdował się taras. Na środku pokoju pysznił się wielki, śnieżnobiały perski dywan, na którym po prawej stronie królowało wielkie łoże w złoconych ramach z wizerunkiem różanych pnączy. Po lewej stała przeogromna szafa z lustrem na drzwiach, zaś pod ścianą, pod którą właśnie stałyśmy, spoczywały dwie wielkie, starodawne komody. Na jednej stało wielkie podświetlane akwarium, pełne przepięknych rybich okazów, nad drugą wisiał przeogromny obraz, ukazujący morze oraz fragment plaży o zachodzie słońca.
- Ja pierdolę! - wyrzuciła wreszcie z siebie Kasandra, z największym uznaniem.
- Czuję się jak Kopciuszek przed północą.
- Rzuciła się na łoże.
Roześmiałam się. Nareszcie spełniło się moje marzenie.
- Powiedz mi jeszcze, że karocę również będziemy miały - odezwała się po chwili moja przyjaciółka, wspierając się na łokciu.
***
Kiedy już rozpakowałyśmy się, postanowiłam zadzwonić do Daniela.
- Żałuję, że cię nie ma tutaj - powiedziałam, owijając kosmyk swoich długich czekoladowych włosów wokół palca. - Widoki są wprost bajeczne. A pokój... brak słów. To prawdziwa królewska komnata.
- Cóż, cieszę się, że ci się podoba - odparł Daniel. - Również żałuję, że mnie przy tobie nie ma, ale sama wiesz, jak się sprawy mają.
Westchnęłam.
- A jak tam Kasandra? - zapytał po chwili. - Założę się, że jest w szoku.
- I się nie mylisz - roześmiałam się.
I wtedy moich uszu dobiegło:
- O KURWA!
- Co to było? - spytał mój mąż po drugiej stronie. - Czy to nie Kasandrę słyszałem?
Roześmiałam się w głos.
- Taaak... Postanowiła wyjść na taras. Ciekawe, jakie tam są widoki. Najwyraźniej warte uwagi, sądząc po reakcji mojej kochanej przyjaciółki.
Jak na komendę z tarasu dobiegł krzyk:
- Roksana, chodź tu prędko. MUSISZ to zobaczyć na własne oczy! Dobry Boże, Matko Chrystusowa!
Usłyszałam gromki śmiech Daniela.
- Rozrywki ci przy niej nie zabraknie - odezwał się.
- O, na pewno nie - potwierdziłam.
Kiedy rozmowa dobiegła końca, postanowiłam na własne oczy przekonać się, cóż tak bardzo zauroczyło Kasandrę. Istotnie, tego widoku nie można było zbyć milczeniem. Taras był ogromny, wypełniony wieloma strzelistymi palmami, zza których rozpościerał się widok na piaszczysto-kamienistą plażę w dole oraz nieskończenie długie,błękitne niebo u góry. To jednak nie wszystko. Po prawej stał stolik z czterema wiklinowymi krzesłami, przy którym można było w ciszy i spokoju jeść śniadania oraz kolacje, kontemplując piękny widok. Po lewej zaś swoją lazurową barwą kusił ogromny basen otoczony mnóstwem zieleni.
- Niech mnie piekło pochłonie! - wykrzyknęła Kasandra. - Nie mów, że to wszystko mamy na wyłączność!
- Dokładnie tak - uśmiechnełam się. - Nie wiem jak ty, ale ja bym coś przekąsiła. Zgłodniałam.
- Dobra myśl - przytaknęła kumpela. - Zamówię coś, a ty sobie popodziwiaj widoki - powiedziała i umknęła, aby zadzwonić, pozostawiając mnie tym samym sam na sam z bajecznym krajobrazem.
Obserowałam morze omywające plażę i pomyslałam, że dobrze byłoby popływać. Czym prędzej więc zrzuciłam z siebie ubranie i zanurzyłam się w basenie. Woda była cudownie ciepła i orzeźwiająca, zaś roślinność, która otczała mnie zewsząd, niosła spokój oraz harmonię. Czułam się jak w azylu, moim prywatnym sanktuarium.
- Gdzie jesteś? - usłyszałam.
- Tutaj! - odparłam, wychynąwszy z "zarośli". - Tutaj jest bosko! - wykrzyknęłam.
- Nie wątpię - uśmiechnęła się koleżanka. - Jednak to, co mam tutaj na tacy, równie bosko pachnie, więc może się skusisz?
Żal było wychodzić z basenu, jednak mój żołądek głośno zaczął dopominać się o swoje prawa, więc skapitulowałam.
- Mogłabyś... - zaczęłąm.
- Jasne. Trzymaj - odparła Kasandra, wręczając mi duży, miękki ręcznik.
- Dzięki - odparłam z uśmiechem. - Jak zawsze rozumiesz mnie bez słów.
- O ile pamiętam, było tak od zawsze - odwzajemniła mój uśmiech, sadowiąc się za stołem. - Mmm... - jęknęła, delektując się zapachami wydobywającymi się spod srebrnych pokryw. - Boski...
- Pokaż, co tam masz
- rzuciłam, przysiadając się do stolika.
- Mmmm... - jeszcze raz westchnęła, unosząc przy tym pokrywy.
Na srebrnych półmiskach widniały placki z płynnym serem feta, maleńkie kanapeczki z pastą z tuńczyka, a także mnóstwem warzyw oraz cała patera owoców, głównie cytrusowych.
- Mamy też to - odezwała się Kasandra, wskazując na butelkę wina. - Ponoć tutejszy rarytas.
Nie pozostawało więc nic innego, jak wziąść się za jedzenie.
- Mmmm... Wiedziałaś, co wybrać - powiedziałam, oblizując przy tym palec. - Kocham fetę.
- To rówmież wiem nie od dziś - uśmiechnęła się przyjaciółka.
- Tylko to wino jakieś takie... dziwne - dodałam, spoglądając w kieliszek.
- Bo to regionalny rarytas. To wino zaprawione żywicą sosnową.
- Żartujesz sobie? - rzuciłam.
- Czyżbyś nie zauważyła, że ma ono posmak ziemi, lasu i kamieni? - spytała z usmiechem.
- Faktycznie - przytaknęłam, upijając łyczek. - Dziwne to wino, ale w gruncie rzeczy nie takie złe.
I tak nam mijał podwieczorek. Kiedy już wszystko uprzątnęłyśmy z półmisków i tac, zaproponowałam spacer na plażę. Słońce już tak nie prażyło, choć nadal było ciepło, warto więc było nieco zwiedzić teren. Poszłam zatem przebrać się w przewiewną bluzkę oraz rybaczki w kremowym kolorze. Całość dopełniłam klapkami-japonkami oraz dyskretną biżuterią.
- I jak? - rzuciłam, obracając się w stronę koleżanki, która właśnie wróciła z tarasu.
- Skromnie i ze smakiem - skomentowała. - Idziemy?
- Pewnie - odparłam.
Wszystko wokół było takie piękne. Hotelowe korytarze wyłożone zostały czerwonym dywanem oraz pięknymi acz niewielkimi obrazami. Winda była schludna, a chromowane elementy w niej doczyszczone zostały na wysoki połysk. Basen oblegali turyści wraz z dziećmi. Jedni pławili się w wodzie, inni opalali się, zaś jeszcze inni skrywali w cieniu zielonych drzew oraz parasoli. Sama plaża okazała się równie oblegana. Piasek był cudownie ciepły, więc pozwoliłam sobie przełożyć klapki w dłoń, by rozkoszować się jego szorstko-aksamitną fakturą. Morze przyjemnie szumiało wokół.
- I co o tym sądzisz? - spytała Kasandra.
Za nami jaśniał gmach hotelu. Echo niosło odgłosy tamtejszego życia, które to jednak tonęło w dźwięku fal uderzających o przybrzeżne skały.
- Cudnie - oświadczyłam. - Chyba powinnam przeprowadzić się tutaj.
- Niegłupi pomysł - skwitowała z uśmiechem.
Maszerowałyśmy wzdłuż plaży, podziwiając cud przyrody wokół. Od czasu do czasu podnosiłyśmy jakiś ciekawy bursztyn czy też muszlę. Mogłybyśmy wędrować bez końca zwłaszcza, że słońce miało się już ku zachodowi.
- Przysiądziemy? - spytałam, wskazując skałę znajdującą się nieopodal. - Uwielbiam zachody słońca.
- Czemu nie - zgodziła się moja towarzyszka.
Czas jakiś siedziałyśmy w milczeniu, podziwiając szkarłat rozlewający się po niebie, co było widokiem zapierającym dech w piersiach.
- Jutro przyniosę ze sobą aparat - odezwałam się, przerywając ciszę. - Taki widok trzeba uwiecznić.
- Zgadzam się w stu procentach - poparła. - Hej, zauważyłaś, jak ten facet zerka w naszą stronę? - spytała po chwili, wyrywając mnie z rozmarzenia.
- Jaki facet?
- No ten tam - wskazała mężczyznę stojącego do nas bokiem.
Przecież on podziwia zachód słońca, nie nas - powiedziałam. Cała Kasandra -
zaczynało się flirtowanie.
- Przecież ślepa nie jestem! - zirytowała się. - Patrz!
Spojrzałam. Rzeczywiście facet przyglądał się nam. Sądząc z wyglądu, wydawało się, iż to Hiszpan, a może Włoch. Miał ciemne włosy oraz oczy (ich barwa rzucała się w oczy nawet z takiej odległości i przy takim świetle), pięknie opaloną skórę oraz niebywale przystojną twarz.
- Ale okaz! - zaszczebiotała mi do ucha Kasandra.
- Widzę, że komuś wpadł on w oko - droczyłam się z nią.
- Powiedz, że na tobie nie zrobił on wrażenia.
- Hm - chrząknęłam. Cóż, nieznajomy był bardzo atrakcyjnym mężczyzną. Do tego dobrze zbudowanym.
- A widzisz! - podchwyciła uradowana.
- Idziemy? - spytałam. - Robi się ciemno.
- Fakt.
Wstałyśmy więc i wtedy nieznajomy, uśmiechając się, uniósł dłoń w geście powitania, który odwzajemniłyśmy.
- Leci na nas! - skwitowała koleżanka.
Roześmiałam się.
- Jest miły jak pewnie każdy tutaj - sprostowałam.
- Jaaaaasne - spierała się wesoło.
Całą drogę powrotną zajeła nam rozmowa o pięknym nieznajomym.
- Nie zdziwiłabym się, gdyby miał na imię Adonis.
Kasandra była niemożliwa.
- Nie wiem jak ty, ale ja jestem wykończona wrażeniami - rzekłam. - Chętnie bym się położyła.
- To jest myśl! - podchwyciła z entuzjazmem, ściągając buty.
***
Kiedy nazajutrz otworzyłam oczy, przez chwilę nie wiedziałam, gdzie się znajduję. Moje ciało spoczywało w jedwabnej kremowej pościeli, oczy wpatrywały się w przeogromny biały sufit. Skądś po prawo dolatywał odległy szum morza. No tak, Grecja, przypomniało mi się. Przeciągnęłam się, trącając o coś ręką. Kasandra.
- Cześć - zaszczebiotała. - Czuję się w tym łożu jak księżniczka.
- Oj tak - westchnęłam. - Aż nie chce się z niego wyjść.
Z ociąganiem wystawiłam nogę poza łóżko. Już po chwili stałam na środku pokoju jedynie w samych figach.
- Pora na prysznic - przeciągnęła się przyjaciółka.
- Ja wolę basen.
- OK. Więc basen jest twój, ja idę do łazienki - odparła. - A właśnie, nie widziałyśmy jeszcze łazienki.
Pędem, pełne ciekawości, rzuciłyśmy się ku jej drzwiom. Po ich otwarciu ukazał się nam widok pomieszczenia wyłożonego marmurem. W jednym kącie stała kabina prysznicowa, w drugim jacuzzi, do którego wchodziło się po schodkach. No i oczywiście toaleta.
- Aż żal srać w tak piękny kibel - wyrzuciła z siebie Kasandra, na co zgięłam się w pół ze śmiechu. Po moich policzkach popłynęły łzy wesołości.
- Ty to masz teksty! Mam nadzieję, że prysznic nie wymyje ci ich z tej pięknej główki.
- Spoko - odparła. - Nawet tsunami by tego nie zdołało. A teraz, jeśli pozwolisz...
- Pewnie - zakręciłam się na pięcie, zostawiając ją samą. Chwyciłam ręcznik, jedwabny szlafroczek i wyszłam na taras.
Zaczął się nowy dzień. Słońce jaśniało wysoko na bezchmurnym niebie, śląc gorące całusy wszystkim wokół. W dali błękitne fale wściekle biły o brzeg.
- Cudownie - szepnęłam do siebie i wskoczyłam do basenu, mojego azylu wśród zieleni. Pływałam w tę i z powrotem, zanurzałam się, robiłam fikołki i chlapałam się dotąd, aż poczułam, że energia ze mnie ulatuje.
- Żal wychodzić z tego sanktuarium -westchnęłam, stawiając stopę na schodku. - Witamy w świecie.
Owinęłam się szlafrokiem i weszłam do pokoju. Kasandra właśnie suszyła włosy, więc przyłączyłam się do niej. Kiedy skończyłyśmy, wzięłyśmy się za make-up, a na końcu za ubieranie. Ja zdecydowałam się na białe lniane spodnie i białą bluzkę z marszczeniami podczas, gdy Kasandra wybrała zieloną sukienkę. Tak odpicowane postanowiłyśmy wyjść przed hotel, by w cieniu drzew nad publicznym basenem zjeść śniadanie, na które składały się tosty oraz kawa frappe.
- Pyszna mrożona kawa. To jest to... - delektowała się Kasandra.
- Czegóż chcieć więcej od życia? - spytałam z uśmiechem.
- Pięknego nieznajomego - skwitowała.
- Ty znowu zaczynasz?
- Cicho bądź - zbyła mnie machnięciem ręki.
- Co...
I wtedy zza moich pleców dobiegło:
- Ciao.
Odwróciłam się do tyłu, zerkając przelotem na kumpelę, która szczerzyła się w najlepsze. Za moimi plecami stał nie kto inny jak piękny nieznajomy z plaży.
- Ciao - odparłyśmy równocześnie.
- Można się przysiąść? - spytał po angielsku z nieco dziwnym akcentem. Z całą pewnością nie był Amerykaninem.
- Proszę - odparła Kasandra, wskazując krzesło stojące między nami, na którym już po chwili siedział okaz niebywałej urody.
- Pozwólcie, że się przedstawię. Na imię mi Paul.
- Roksana - odparłam, podając mu dłoń, którą on delikatnie ujął, a następnie pocałował.
- Całkiem amerykańskie imię jak na latynosa - skonstantowała przyjaciółka.
- Moja matka była z Ameryki. To ona wybrała dla mnie imię, chcąc bym miał w sobie coś z Amerykanina poza krwią, rzecz jasna. Mój ojciec był Hiszpanem. Głównie wychowałem się w Hiszpanii, stąd ten akcent - wyjaśnił.
- Ale przywitałeś się po włosku, nie po hiszpańsku - drążyła. Kasandrze nigdy nic nie umykało.
- Rzeczywiście. To stąd, że władam pięcioma językami i używam ich zamiennie.
Pięć języków! Dobry Boże!
- Ach - rzuciła uradowana tak dokładnym wyjaśnieniem. - Jestem Kasandra. Miło nam cię poznać - uśmiechneła się, podając mu swoją dłoń, którą również ucałował.
- I wzajemnie - błysnął śnieżnobiałymi zębami w uśmiechu.
Białe zupełnie jak nasz perski dywan, przemknęło mi nagle przez myśl. Zaskoczona tak dziwnymi myślami pomyślałam, iż najwyraźniej udziela mi się głupawka Kasandry.
- Dlaczego mówisz o swoich rodzicach w czasie przeszłym? - dopytywała.
- Zginęli w wypadku samochodowym, gdy byłem mały - odparł Paul.
- Jejku, to straszne - skrzywiła się Kasandra. - Przykro mi.
- Cóż, żyje się dalej - rzekł. - Po ich śmierci, na szczęście, przygarnęła mnie siostra mamy, bardzo dobra kobieta. To ona pomogła mi uregulować sprawy ojca, który to zresztą cały swój majątek zdążył przepisać mi.
- Majątek, który pozwolił ci nas spotkać - błysnęła uśmiechem Kasandra.
- Dwie piękne kobiety - skwitował Paul, spoglądając to na nią, to na mnie.
- No proszę - wtrąciłam się wesoło. - Potwierdza się stereotyp, że Hiszpanie to Casanovy.
Najwyraźniej mój dowcip spodobał się nowopoznanemu, bo wybuchł gromkim śmiechem.
- Ja bym raczej powiedział o sobie coś innego.
- Na przykład? - dopytywała moja przyjaciółka.
- Na przykład, że jako Hiszpan jestem ciepły, wesoły, zdecydowany, zdeterminowany oraz gorący w łóżku.
- Ho ho! - roześmiałam się. - A jaki skromny!
- To jedna z moich wad - podchwycił. - Ale myślę, że moja czułość i wierność niwelują moje wady w znacznym stopniu.
- A więc domyślam się - wtrąciła Kasandra - że wolny z ciebie strzelec.
- Zgadza się - uśmiechnął się nasz towarzysz.
- I jak to możliwe w przypadku tak przystojnego faceta? - spytała otwarcie Kasandra.
- Po prostu jeszcze nie znalazła się taka, która by zdobyła klucz do mojego serca.
- Jeszcze - podkreśliła przyjaciółka, wymownie na mnie zerkając.
I tak nam upłynęło śniadanie. Rozmawiało się nam naprawdę przyjemnie, jednak wypadało wrócić do apartamentu, aby się przebrać jako, że nadchodziło popołudnie.
- Słuchajcie, a co powiecie na wspólny lunch u mnie na tarasie? - spytał Paul. - Zaproponowałbym wam jadalnię hotelową, ale w tak piękny dzień grzechem byłoby nie korzystać ze słońca.
- Popieram cię w pełni. Z przyjemnością - uśmiechnęłam się.
- O szesnastej? - zapytał.
- Świetnie. Więc jesteśmy umówieni. A teraz, jeśli pozwolisz, pójdziemy się przebrać.
Z tymi słowami udałyśmy się do naszego apartamentu, gdzie Kasandra przebrała się w lekkie wrzosowe spodnie oraz białą bluzkę.
- Co ty tam trzymasz? - zwróciła się do mnie sprzed lustra, na przeciw którego stała.
- Spodnie.
- Chyba sobie śnisz! Znowu spodnie? - wyrwała mi z rąk trzymany właśnie strój. - Tu potrzeba sukienki.
- A niby do czego?
- Jak to do czego! - oburzyła się. - Widzę przecież, że wpadłaś naszemu Paulowi w oko. Musisz zaprezentować mu swoje zgrabne "nuny".
- Hola, hola! - popatrzyłam na nią lekko zdębiała.
- Nie przyjechałam tutaj flirtować.
Dobrze wiesz, że jestem mężatką.
- Której mąż wiecznie siedzi w pracy i nie ma czasu na urlop z własną żoną - odcięła się moja przyjaciółka.
- To nie tak... - zaczęłam.
- A jak? Jasne, że tak! Obie dobrze wiemy, że tym całym kontraktem mógł zająć się Sean, ktory jest tak samo współwłaścicielem waszej firmy jak Daniel. Kochanie, zejdź na ziemię - objęła mnie ramieniem. - To pracoholik, który poświęca ci stanowczo zbyt mało czasu. Całe szczęście, że nie macie dzieci, które wiązałyby ci dłonie. A i bez nich przygasłaś. Jesteś młoda, powinnaś cieszyć się życiem.
W życiu nie spodziewałabym się, że moja przyjaciółka wygłosi mi taką przemowę.
- Więc co sugerujesz? - odezwałam się.
- Żebyś dobrze się bawiła, żyła pełną piersią. Flirtowała jak na młodą, piękną kobietę przystało. A jak będzie trzeba, żebyś zdradziła męża bez żadnych wyrzutów sumienia. Ode mnie się nie dowie. A jak nie ode mnie, to od nikogo.
Wpatrywałam się w moją przyjaciółkę kompletnie zszokowana.
- Namawiasz mnie do zdrady? Przecież wiesz, że ja nigdy... - urwałam, bo przystawiła mi swój palec do moich ust.
- Wiem swoje - powiedziała, patrząc mi przy tym w oczy. - Wiem, że Paul ci się podoba. I wiem, że to zrobisz, że zdradzisz Daniela. Bo mimo wszystko twoje serce jest nadal gorące i chce żyć.
Papatrzyłam na Kasandrę bez słowa. Nigdy w życiu nie zaskoczyła mnie bardziej niż w tamtym momencie.
- Więc włóż to - zakończyła, z uśmiechem podając mi seksowną letnią sukienkę w kolorowe kwiaty.
***
- Przepięknie wyglądasz w tej sukience - zwrócił się do mnie Paul, gdy już przekroczyłyśmy próg jego pokoju.
- Też jej tak powiedziałam - poparła go Kasandra.
Stałyśmy w jeszcze większym apartamencie niż nasz, urządzonym w przeróżnych odcieniach lazurowego morza. Pod lewą ścianą królowało ogromne łoże, nad którym wisiał wielki obraz przedstawiający skrawek hawajskiej plaży. Po prawej znajdowała się ogromna szafa na ubrania oraz sprzęt stereo.
- Wina? - spytał Paul, wręczając mi kieliszek.
- Chętnie - odpowiedziałam, przejmując od niego trunek.
- Więc co proponujesz na lunch? - spytała Kasandra, nawet na chwilę nie przestając się uśmiechać.
- Zobaczycie - odrzekł. - A tymczasem przejdźmy może... - nie zdążył dokończyć, ponieważ rozległo się pukanie do drzwi pokoju. - To pewnie obsługa hotelowa z naszym smakowitym lunchem - rzekł z uśmiechem, otwierając drzwi, za którymi stał przystojny mężczyzna lecz bez liberii i bez tacy.
- Jeśli tego przystojniaka nazywasz posłańcem... - zaczęła Kasandra.
Próbowałam zdusić wybuch śmiechu podczas, gdy Paul zaprosił gościa do środka.
- Pomyślałem sobie, że może razem zjemy, a później rozegramy partyjkę w golfa - zaczął nowoprzybyły - ale widzę, że już jesteś zajęty i to przez dwie urocze kobiety.
- Racja - przytaknął nasz przyjaciel. - Pozwól, że ci przedstawię Roksanę oraz Kasandrę, moje nowopoznane przyjaciółki. Dziewczyny, to jest Antonio, mój hiszpański przyjaciel.
- Hm - chrząknęła Kasandra, gdy Antonio ucałował jej dłoń. - Wy, Hiszpanie, jesteście niezwykle kulturalni.
- Tak nas wychowano - odparł Antonio z uśmiechem.
Trzeba przyznać, że podobnie jak Paul, był bardzo atrakcyjnym facetem. Nie trzeba było detektywa, aby wiedzieć, iż Kasandra umieściła Antonio na szczycie swojej listy facetów do zdobycia.
- Co byś powiedział na wspólny lunch z nami? - wtrącił Paul. - Właśnie czekamy na obsługę.
- Z przyjemnością z wami zjem.
- I Kasandra będzie miała towarzysza - dodał Paul z uśmiechem, puszczając mojej przyjaciółce perskie oko.
- Złoty z ciebie facet - roześmiała się Kasandra.
- Wiem - przytaknął.
- I jak już mówiłam rano - wtrąciłam wesoło - nader skromny.
- W tym cały mój urok - roześmiał się, podając Antonio kieliszek z winem.
- A właściwie dlaczego nic nie gra w tle? - spytal Antonio, podchodząc do wieży stereo. - Zobaczmy, czego słucha mój przyjaciel.
Ze sprzętu popłynęły jakieś latynowskie dźwięki, kiedy do drzwi zapukała obsługa hotelowa z lunchem.
- Jeśli można, prosiłbym to na taras - zwrócił się Paul do chłopaka w liberii, wręczając mu sto dolarów napiwku. Kasandra z wrażenia zakrztusiła się winem.
- Oczywiście - odparł boy.
- Może przejdziemy na taras? - zwrócił się Paul do nas.
Tak też zrobiliśmy. Jego taras był równie duży co nasz i urządzony bardzo podobnie. Jedynym, co różniło nasze tarasy, był hamak, którego my nie miałyśmy.
- Dlaczego u nas nie ma hamaka? - spytała moja przyjaciółka. - Też bym taki chciała.
Lunch okazał się przepyszny. Składało się na niego pyszne gyros z tzatziki oraz frytkami, sałatka grecka, kurczak, a na deser koulourakia, czyli greckie ciastka, które popijaliśmy retsinem - winem z dodatkiem sosnowej żywicy.
- Pyszne - oblizała palce Kasandra. - Tak się najadłam, że aż wstyd się przyznać. Najchętniej bym się położyła.
- Dlaczego nie skorzystasz z mojego hamaku? - uśmiechnął się Paul.
- A mogę?
- No jasne! Czuj się jak u siebie.
I tak nam mijał dzień. Kasandra bujała się w hamaku, kiedy ja moczyłam stopy w basenie i na odwrót.
- Wybacz, że pytam - odezwała się Kasandra - ale kim ty, na Boga, jesteś, że obsłudze dajesz sto dolarów napiwku?!
- Nie wspominałem? - odparł zaskoczony Paul.
- Nie.
- Dziwne to, wziąwszy pod uwagę wrodzoną skromność mojego przyjaciela - wtrącił Antonio, powodując tym wybuch wesołości.
- Cóż... Jestem właścicielem kopalni, w której pozyskuje się diamenty.
- SłodkiBoże! - wykrzyknęła Kasandra.
- Oto kobieca miłość do kamieni szlachetnych - roześmiał się. - Daj kobiecie diament, a pokocha cię na zabój.
Roześmiałam się. Kasandra na pewno by go pokochała. Na jakiś czas.
- Co powiecie na partię golfa? - spytał Antonio.
- Jeśli dziewczyny nie mają nic przeciwko... - odparł jego przyjaciel.
- Co prawda nie mam pojęcia o grze w golfa, ale chętnie się nauczę - powiedziała Kasandra.
- Jeśli ci to nie przeszkadza, mogę być twoim nauczycielem - zaoferował się Antonio, na co oczy Kasandry zabłysnęły niczym dwa diamenty.
- Kusząca propozycja - uśmiechnęła się.
Pole golfowe znajdowało się w odległości 25 kilometrów od hotelu, toteż Paul zadzwonił do recepcji z prośbą o podstawienie jego auta, którym to okazał się czarny mercedes cls.
- To, na serio, twój wózek? - spytała Kasandra, podziwiając czarne cudo.
- Mój. Miło, że ci się podoba - odparł Paul.
- Żartujesz sobie? Mogłabym w nim mieszkać! Jest piękny, a to świadczy o dobrym guście właściciela.
- No cóż... dziękuję - uśmiechnął się Paul, po czym otworzył przed nami drzwi.
Przejażdżka okazała się iście królewska. Czułam się jak księżniczka otoczona zewsząd skórą, którą wyprawiono wnętrze samochodu oraz dwoma piekielnie przystojnymi mężczyznami. Trzeba przyznać, że do tej pory Paul przywodził na myśl męski ideał - pod jego delikatnym dotykiem nawet samochód gładko sunął.
- Z autem jest jak z kobietą
- powiedział. - Wystarczy go rozumieć i dbać o niego. Oto cały sekret.
Pole golfowe było przeogromne i soczyście zielone. Ponieważ w grze w golfa byłyśmy tak "zielone" jak owe pole, Paul i Antonio zaoferowali się być naszymi nauczycielami. Gra okazała się niezbyt skomplikowana, głównie chodziło o dobre namierzenie celu oraz odpowiednio wymierzone uderzenie kijem golfowym w piłeczkę. Z rozbawieniem obserwowałam flirtującą Kasandrę, która w tej sztuce nie miała sobie równych.
- Widzę, iż mój przyjaciel spodobał się twojej przyjaciółce - zagadnął wesoło Paul, wspierając się na kiju golfowym.
- Fakt. Kasandra uwielbia przystojnych mężczyzn.
- Zauważyłem - odparł. - A ty jakich mężczyzn preferujesz? - spytał, nieznacznie się przysuwając.
- Kulturalnych, zabawnych, miłych, delikatnych i takich, którzy potrafią zaskakiwać czymś miłym od czasu do czasu - uśmiechnęłam się.
- Więc taki zapewne jest twój mąż... - rzucił również z uśmiechem, zerkając na moją obrączkę.
Nie wiedzieć czemu, poczułam się... winna. A może właśnie wiedziałam, tylko starałam się sama przed sobą zaprzeczać, że jest inaczej. Kasandra miała rację - mój mąż mnie zaniedbywał. Miałam prawo do szczęścia, które on mi odbierał.
- Czyżbym trafił w czuły punkt? - dodał, gdy zauważył moje milczenie. - Jeśli pytam o sprawy zbyt prywatne, przepraszam...
- Nie, nie - zaprzeczyłam. - Właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że mój mąż to pracoholik, który mnie zaniedbuje. I wiesz, właśnie uświadomiłam sobie też, że wcalę za nim nie tęsknię, będąc tutaj. Czuję się taka swobodna, a przez to radosna.
- Hm... Tak czasem bywa. Jednak nie powinnaś się poddawać. Jesteś młoda, musisz żyć - zakończył.
Czyżby się zmówili z Kasandrą? Obydwoje w ciągu jednego dnia powiedzieli mi to samo.
- Gramy? - spytał, wskazując mój kij.
- Pewnie.
Jednak jakoś mi nie szło, nie mogłam skupić się na uderzeniach.
- Źle trzymasz ten kij - rzekł Paul. - Pozwól, że ci pokażę...
Stanął tuż za mną, ujął moje dłonie w swoje, ustawił kij, a następnie uderzył w piłeczkę, która poszybowała prawie idealnie we wskazane miejsce.
- Widzisz? - uśmiechnął się.
Widziałam lecz coś innego. Nie kij golfowy, piłeczkę ani dołeczek, do którego miałam trafić, ale przystojnego mężczyznę, który torsem stykał się z moimi plecami, dłońmi oplatał moje dłonie. Przymknęłam oczy, wciągnęłam powietrze. Moje nozdrza wypełnił jego zmysłowy zapach. Jednocześnie na uchu poczułam jego miętowy oddech. Mogłabym tak stać do skończenia świata. Nieoczekiwanie zapragnęłam więcej, niż mogłam mieć. Zapragnęłam szczęścia, które zastukało do mojego serca. Zapragnęłam żyć.
- Wszystko w porządku? - zapytał Paul, delikatnie się odsuwając.
- Hm, hm - odchrząknęłam. Przez chwilę straciłam poczucie miejsca i czasu. Zrobiło mi się głupio. - Tak, pewnie - odparłam. - A czemu miałoby nie być w porządku?
- Hm... Sam nie wiem. W zasadzie to wyglądałaś na... szczęśliwą - uśmiechnął się.
Cholera.
- Co trzeba robić, żeby częściej cię taką widywać? - dodał wesoło.
Być przy mnie tak blisko, przemknęło mi przez myśl.
- A na co dzień nie jestem szczęśliwa? - spytałam zamiast tego.
- Owszem, jesteś. Ale do tej pory jeszcze nie widziałem cię tak rozpromienionej. To było coś... niezwykłego - zakończył z uśmiechem.
***
Od tamtej pory spędzaliśmy czas w czwórkę lub też rozdzielając się na pary: ja spędzałam czas z Paulem, Kasandra zaś z Antonio. Bywały oczywiście też chwile, kiedy miałyśmy czas wyłącznie dla siebie - wtedy chodziłyśmy na zakupy do pobliskich sklepów oraz na zabiegi kosmetyczne i masaże do SPA. Często jadaliśmy w czwórkę wspólne posiłki w którymś z trzech apartamentów, czasami jednak udawaliśmy się do przytulnej restauracji hotelowej z balkonem, z którego rozpościerał się widok na morze. Grywaliśmy w golfa, pływaliśmy w basenie, opalaliśmy się, buszowaliśmy w bibliotece wypełnionej mnóstwem ciekawych książek. Ponadto wraz z Kasandrą uczyłyśmy się podstwowych zwrotów w obcych jężykach: hiszpańskim, włoskim, francuskim, niemieckim, a także japońskim, którego to Antonio okazał się znawcem. Często przechadzaliśmy się nad morze, gdzie poznałyśmy Paula, a wszystko, oczywiście, uwiecznialiśmy na naszych aparatach cyfrowych. Pogoda nieodmiennie nam dopisywała, podobnie jak humory.
Mniej więcej co drugi dzień rozmawiałam przez telefon z Danielem, relacjonując mu nasz pobyt, w zamian za co on opowiadał mi o postępie interesów. Pod koniec tygodnia rozmowy te zaczęły mnie irytować, więc postanowiłam, iż tym razem to ja poczekam na telefon od Daniela, który to zapewne będzie traktował o niczym innym jak o interesach właśnie.
W dniu, w którym mijał tydzień naszego pobytu w Gracji, miałam pozostać sama z własnymi myślami, bowiem Kasandra wybierała się na romantyczną kolację z Antonio, któremu bez wątpienia bardzo się spodobała.
- A ty co będziesz robiła? - zatroskała się moja przyjaciółka, nanosząc ostatnie poprawki na swój wieczorowy look.
- Odpocznę.
- Przecież cały czas odpoczywasz. Po to tu przyjechałaś.
- Nie to miałam na myśli - sprostowałam. - Poukładam sobie kilka rzeczy w głowie.
- Ach, rozumiem - rzuciła, otwierając drzwi, do których właśnie zapukał Antonio z różą w dłoni.
- Ma chčrie, wyglądasz cudownie - rzekł, wręczając jej różę. - To dla ciebie.
- Dziękuję - odparła, cmokając go w policzek.
Ledwo zamknęłam za nimi drzwi, kiedy znów rozległo się pukanie. Na korytarzu hotelowym stał boy... z koszem białych róż. Osłupiała odebrałam ów kosz, by postawić go na komodzie, a następnie wręczając boy'u 20 dolarów, podziękowałam. Kiedy wreszcie zamknęłam drzwi, podeszłam do kwiatów, nachyliłam się nad nimi i głęboko wciągnęłam ich upajający zapach. Między płatkami widniał bilecik. Czym prędzej wyłuskałam go i odczytałam: "Dla najpiękniejszej to, co najpiękniejsze. P.S. Mam nadzieję, że cię rozpromienią. Paul" Roześmiałam się. I wtedy zadzwonił telefon. Jeszcze śmiejąc się, odebrałam.
- Słucham.
- Widzę, że róże spełniły swoje zadanie - usłyszałam głos Paula.
- Nie dało rady inaczej.
- Słuchaj, tak pomyślałem... Flirciarze wyruszyli na kolację, a ja tu samotny, ty też... Może zjemy u mnie na tarasie? Jest taka ciepła noc.
- Więc róże miały mnie przekupić? - roześmiałam się.
- Jak najbardziej - podchwycił żart. - To jak? Nie daj się prosić.
- Przyjdę, jeśli planujesz coś wyjątkowego. Tak to nie opłaca mi się ubierać - roześmiałam się.
- A kto mówi o ubieraniu? Możesz przyjść nago, jeśli chcesz. Nie będę niepocieszony z tego powodu - żartował. Kto jak kto, ale Paul miał wyjątkowe poczucie humoru.
- Dobre! - skwitowałam ze śmiechem.
- Chcesz czegoś wyjątkowego, to będzie - odrzekł, nieco poważniejąc.
- W takim razie daj mi pół godziny - powiedziałam.
- Przyjść po ciebie, czy trafisz sama? - roześmiał się.
- To tylko kilka pokoi dalej. Może się nie zgubię... - odparłam roześmiana.
KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ
| < Poprzednia | Następna > |
|---|




