Korzenie drzew niczym żylaste fallusy wbiły się w bagienny grunt. Konary pozbawione liści połyskiwały metalicznie, a ich splątane kształty przypominały kłębowisko żmij, których ogony pluskały w mętnej wodzie. Promienie słońca z trudem przenikały kaptur gałęzi, co rozjaśniało krainę odcieniami fioletu tonącego w cieniach. Bagna okryte pasmami mgły wypuszczały bąble powietrza, tętniły podwodnym życiem. Jęk przepełniony agonią wybuchł krzykiem poczym zgasł równie szybko jak się pojawił. Przejmujący dźwięk zwabiły ogromne, latające stworzenia, które w chmarach podążyły za świeżym zapachem krwi. Tajemniczy świat ożył brzęczeniem owadzich skrzydeł.Ston Are, biegacz numer cztery, uchylił szybkę kasku i poczuł stęchliznę gnijących w błocie roślin. Z niedowierzaniem rozglądał się wokół siebie. Wyobraźnia gwałcona tym, co widzi płodziła obrazy krwiożerczych bestii, których drapieżne twarze rodziły się w pobliskich cieniach. Biegacz starał się opanować przerażenie i aby myśleć o czymś innym zajął się poprawianiem ubioru ochronnego. Sprawdził urządzenie sterujące umieszczone na pasie. Okrągła klamra posiadała sześć przycisków rozmieszczonych dookoła jej średnicy. Pierwszy z napisem „POW” otwierał butlę z powietrzem, którą miał zapiętą na plecach w formie plecaka. Następny przycisk „OTW” umożliwiał rozszczelnienie kombinezonu składającego się z czterech części. Trzeci włącznik „REF” zapalał dwie prostokątne lampy umieszczone na ramionach niczym żołnierskie pagony. Kolejny przycisk „NOK” włączał noktowizor w kształcie szerokich okularów, które w czasie działania opuszczały się na wysokość oczu. Piąty przycisk „TER”, był zarazem pokrętłem i utrzymywał ustawioną temperaturę niezależnie od otoczenia, ostatni „ZAM” służył do zespolenia kombinezonu w całość.
Ston zainteresował się dziwnym stworzeniem, które latało wokół niego. Z kabury wyjął uniwersalny pistolet laserowy, który oprócz pojedynczych i seryjnych strzałów posiadał jeszcze dwie opcje: można go było przestawić na funkcję - „świetlny miecz”, oraz wykorzystać, jako granat. Skrzydlaty robak podleciał jeszcze bliżej. Przypominał ogromnego komara. Biegacz wycelował i strzelił. Wiązka światła stopiła stworzeniu skrzydła. Korpus wpadł w bagno. Wielki owad próbowało dopłynąć do brzegu, ale na powierzchni wody powstał wir i coś wessało zdobycz z głuchym mlaśnięciem.
Are zadowolony z celnego strzału schował pistolet. Pochwa była umieszczona na lewym udzie, co świadczyło, że program komputerowy zorientował się w jego leworęczności. Po prawej stronie miał umieszczony obusieczny nóż, wyciągnął go. Przeciął nim parę razy powietrze, wykonując uniki i pchnięcia w niewidzialnego wroga.
- Trochę za krótki - określił rozmiar i z pogardliwą minę dodał. - Ale do cięcia gałęzi będzie dobry, posłuży, jako maczeta.
Zegar kontrolny zamigotał zielonym światłem, wyświetlił napis „START ZA 10 SEKUND”. Ożyła czerwona wskazówka busoli i pokazała nakazany kierunek biegu. Przypomniał sobie proste zasady testu, które składały się z czterech punktów.
- Po pierwsze, mam pokonać pięć kilometrów - recytował na głos. - Po drugie, za każdy przebyty metr jeden punkt. Po trzecie, za zabicie atakującego stworzenia sto punktów. Po czwarte, na mecie będą odliczone punktów za doznane rany i uszkodzony sprzęt według określonego cennika - wyliczał kolejno odchylając palce jak małe dziecko.

Niespodziewanie do jego świadomości wcisnął się fragment instruktażu prowadzanego przez telepatę.
- Z góry przepraszam za moje erotyczne skłonności, które poprzez podświadomość wpływają na scenariusz tego testu psychofizycznego. Jest to spowodowane wykorzystywaniem moich zdolności do filmów delikatnie mówiąc erotycznych, w których w przeszłości miałem wątpliwą przyjemność uczestniczyć. To samo tyczy się was, jeśli macie jakieś skrywane dewiacje psychiczne, czy skłonności to one ujawnią się w waszych wirtualnych odpowiednikach, program nie ocenia tylko wnika w wasza podświadomość i daje wam to, czego pragniecie. - Po tych słowach zaśmiał się szyderczo, wywołując ogólny niesmak wśród pilnych słuchaczy.…
Biegacz pełen złych przeczuć chciał jak najszybciej zobaczyć własne odbicie. Pośpiesznie podbiegł do lustra wody. Nachylił się i ujrzał krępą sylwetkę. Otworzył szerzej szybkę, ale to mu nie wystarczyło i ściągnął z głowy kask. W mętnej wodzie odbijały się jego oczy ukryte w krzaczastych brwiach.
- Ufff... - odetchnął z ulgą i uśmiechnął się do swojego odbicia. Zrobił groźną minę, wyszczerzył zęby. - To miłe, gdy człowiek przekona się, że akceptuje swój wygląd. Mój wirtualny odpowiednik jest podobny do mnie. Ta drobna zmiana w objętości klatki piersiowej nie ma znaczenia - rzekł z dumą, napinając mięśnie, aż odznaczyły się wyraźnie w dopasowanym kombinezonie.
Nagle powierzchnia wody zafalowała. Ston usłyszał głośny plusk. Sięgnął po broń, ale nie zdążył nawet wyciągnąć pistoletu. Stwór przypominający ogromnego węgorza wyskoczył z wody. Rozwarł uzębioną paszczę, szeroko niczym potrzask na niedźwiedzie i rzucił się w kierunku zaskoczonego człowieka. Ręka uzbrojona w nóż zareagowała odruchowo i biegacz zasłonił twarz. Ostrze przeszło
przez rozwartą paszczę i utkwiło w czaszce. Krew chlusnęła obfitą strugą. Zaatakowany człowiek odwinął z karku długi ogon. Trzęsącymi rękami włożył na głowę kask i pośpiesznie zamknął szybkę. Włączył na klamrze pasa przycisk z napisem “POW” i przez chwilę oddychał głęboko. Zrobiło mu się gorąco, więc ustawił termostat na mniejszą temperaturę. Postanowił, że pistolet laserowy będzie trzymać w gotowości do strzału. Nóż ujął w prawą rękę. Po tych czynnościach minęło zdenerwowanie. Are ruszył, ustalił odpowiednie tempo i wyrównał oddech. Z daleka omijał podejrzane bagna. Gąszcz drzew przeszkadzał w utrzymaniu nakazanego kierunku, więc kluczył szukając mniej zarośniętych miejsc i torował sobie drogę cięciami noża. Zwolnił tempo i przetarł zabłocony zegar. Odczytał aktualne wskazania cyklicznie zwiększającej się wartości.
- Idzie mi całkiem dobrze, zdobyłe… - I nie dokończył, ból w plecach odebrał mu oddech. Uderzenie rzuciło nim o ziemię. Przytomnie odwrócił się na plecy, aby widzieć przeciwnika. W tym momencie kolczasty ogon zawisł nad jego głową i nagle zaczął spadać z dużą prędkością. Biegacz zwinnie przeturlał się w bok. Uderzenie przecięło bagno rozbryzgując błoto na boki. Ston pośpiesznie wstał, ale był zbyt blisko jaszczura i nie miał czasu na kontratak. Gad błyskawicznie zwinął ogon i uderzył nim jeszcze raz. Kask zamortyzował wstrząs, ale mimo to zaatakowany człowiek poczuł silne oszołomienie. Zaczął się cofać do tyłu na chwiejnych nogach. Tymczasem potwór pewny zwycięstwa przymrużył żółte ślepia i przysiadł w gotowości do skoku.
Are nie był w stanie dokładnie wycelować. Strzelił w kierunku głowy zwierzęcia i poślizgnął się w błocie, upadł na plecy. Zwierz trafiony w bok tułowia zaryczał z bólu i skoczył na leżącą ofiarę. Pod ciężarem ogromnego cielska grunt rozstąpił się. Czarna maź pochłonęła ich całkowicie. Butla z powietrzem umożliwiała oddychanie, ale to tylko przedłużało oczywistą agonię. Narastający szum w uszach i ból żeber odbierał mu świadomość.
Ston Are ocknął się w swoim łóżku. Poranne słońce przeciskało się smugami przez listwy żaluzji, tworząc na przeciwległej ścianie świetlistą zebrę. Zapowiadał się słoneczny, bezchmurny dzień.
- Dopóki smog wyziewów miasta nie pożre słońcaaaa - przeciągnął ostatnie słowo ziewając, jakby chciał coś połknąć, długo przecierał oczy. - Jak mało człowiekowi potrzeba do szczęścia? Wystarczy obudzić się z koszmaru - powiedział to poczuciem ulgi i zamruczał specjalnie głośno, mając nadzieję, że obudzi dziewczynę śpiącą obok.
Właśnie odwracała się do niego. Podłożył kobiecie rękę pod głowę. Wtuliła się w jego ramiona. Przez chwilę słuchał jak spokojne oddycha.
- No, ale czas do roboty! Świat czeka na nowego geniusza - powiedział to specjalnie głośno, jednoczenie nachylając się nad nią i przywarł do rozgrzanych bioder, które jeszcze parowały od sennych marzeń.
Lubił na nią patrzeć, gdy spała. Nie była piękna, ale on miał dosyć cukierkowych na siłę upiększanych lalek, które w strachu przed starością wycinały z twarzy zmarszczki przy udziale skalpela. Operacje plastyczne w dobie kultu młodości stały się tak powszednie jak wizyty u dentysty. Tylko kobiety silne psychicznie akceptowały swoje charakterne niedoskonałości. Szanował ją za to, że nie uległa kolejnej modzie.
- Tylko jak długo wytrzyma? - zapytał sam siebie.
Rada „Zdrowe dziecko” wspaniale wywiązała się z zadania. Skojarzyła go, oczywiście według odpowiednich testów genetycznych i długich formularzy, właśnie z tą kobietą, którą nie dawno poznał. Wspólnie doszli do porozumienia, że zapłodnienie nastąpi w sposób naturalny, co oczywiście było pewniejsze no i przyjemniejsze. Gdyby jednak po pewnym czasie okazało się, że nie pasują do siebie, to po prostu postanowili zostać przyjaciółmi dla dobra planowanego potomka. To był uczciwy układ. Na początku był przeciwny tym zabawom w Stwórcę, ale ostatnio ogarnął go strach przed dziećmi ze zdolnościami telepatycznymi. Naukowcy tłumaczyli coraz częstsze narodziny mutantów zanieczyszczeniem środowiska naturalnego.
Komputer włączył się automatycznie. Spikerka melodyjnym głosem czytała najświeższe wiadomości ze świata. Monitor wiszący na ścianie bombardował obrazami z lokalnych zamieszek na tle etnicznym i religijnym. Rodzące się konflikty urastały do długotrwałych wojen ciągnących się w beznadziejną przyszłość, w której uciekinierzy zapuszczali międzynarodowe korzenie. Zbrojna plaga naszych czasów rozrastała się do niebotycznych rozmiarów w zastraszającym tempie. Terroryzm karmiony fanatyzmem, rozkwitał nienawiścią, a jego krwawe, gorzkie owoce gniły zemstą i pozostawiały po sobie odór śmierci, oraz bezsilność niewinnych ludzi.
Głos spikerki wyrwał Stona z zamyślenia.
- A teraz czas na dobre wiadomości i ogłoszenie. Międzynarodowy instytut lotniczy „Kosmoglob” proponuje za odpowiednią opłatą, test selekcyjny dla kandydatów, z których zostanie wyłoniona załoga promu kosmicznego. Rabunkowa polityka wielkich korporacji doprowadza do wyeksploatowania złóż naturalnych i zanieczyszczenia środowiska. Obecnie doświadczamy narastających anomalii pogodowych i zmian klimatycznych na naszej planecie .
Obojętna twarz spikerki zmieniła się w migawki pokazujące kataklizmy przyrody powstałe na Ziemi na wskutek ocieplenia klimatu.
Ston zainteresował się lodowcem, który traciły kształty i kontury. Góry lodu odlepiały się od zboczy plastrami i z łoskotem wpadały w toń oceanu. Monitor ukazał obraz jakiegoś miasta wybudowanego nad brzegiem morza, które właśnie rodziło ogromną falę. Piętrzący się słup wody otwierał bezzębną paszczę i powoli pochłaniała drapacze chmur, jakby to były zamki na piasku, zbudowane przez beztroskie dzieci a nie żelbetonowe twory współczesnej myśli technicznej. Woda wdzierała się między blokowiska, zalewała ruchliwe ulice, na których ludzie w sznurach samochodów jechali załatwiać codzienne sprawy. Morze niczym gumka wymazywała oznaki cywilizacji, pozostawiając po sobie czystą powierzchnię wody i niemy kszyk zaskoczonych ludzi, którzy zapewne nie zdążyli się nawet zdziwić ufni w świetlaną przyszłość, zaklepaną długimi cyframi na kontach w bankach, których już nie było. Spikerka pojawiła się i dale przekazywała informację.
- Projekt przeczekania na orbicie okołoziemskiej powstał na wskutek teorii naukowców, którzy twierdzą, że nasza cywilizacja ulegnie samozniszczeniu a garstka ludzi, którzy przeżyją wpadnie w otchłań epoki kamienia łupanego. Dlatego właśnie tworzymy grupę ochotników, którzy uśpieni w hibernacji poczekają aż nasza planeta zregeneruje się i po przebudzeniu przyczynią się do rozwój nowej cywilizacji. W związku z powyższym, aby zwiększyć powodzenie misji, chcemy wybrać najlepszych. Potrzebujemy wykształconych i zdrowych genetycznie ludzi, sprawnych fizycznie i psychicznie. Zapraszamy na badania i test psychofizyczny w studiu komputerowym, w którym sprawdzimy predyspozycje kandydatów. W dniu dzisiejszym organizujemy nabór...
Ston postanowił obudzić swoją partnerkę i zacząć dzień od dobrego uczynku. Odwrócił ją delikatnie na plecy. Kołdra osunęła się odkrywając sterczące piersi. Przebudzona popatrzyła na niego i nieoczekiwanie zaczęła się zmieniać na twarzy. Karnacja cery zrobiła się ciemna, włosy zaczęły falować, usta puchnąć, a oczy wypełniła zwierzęca żądza. Transformacja fizyczna kobiecego ciała wprowadziła w umyśle Stona kompletne zamieszanie i przerodziła się w zakłopotanie. Gdzieś ze strzępów świadomości dudnił krzyk.
- Ja śnię! To sen! W takim razie, co jest rzeczywistością? - zapytał i przypomniał sobie wszystko. Następnym odczuciem było narastające przerażenie. - Chcę dalej spać! Śnić - wołał przez sen, rzucając się między kablami hipnowirtuatora.
To widział tylko on, największy geniusz telepatyczny ostatnich czasów Sam Hade, który nie przejął się tym zbytnio. Obojętnie popatrzył na czwarty monitor, na którym migała obrazami wirtualna kraina. Przycisnął na klawiaturze, jednocześnie dwa przyciski F4 i F5. Przymknął oczy i urządzenie w kształcie hełmu na jego głowie zamigotało wyładowaniami elektrycznymi. Mutant o zdolnościach parapsychicznych uśmiechnął się lubieżnie, oblizał soczyście usta i wyszeptał.
- No to zaczynamy zabawę. Trzeba tego kandydata rzucić na patelnię zmysłów. Powinien być lekko przypieczony, krwisty od bólu i przerażenia. Wtedy dopiero będzie się starał a ja będę się delektował smakiem tego, co sobie upichciłem.
Are starał się wyjść z programu, przerwać test i zerwać z siebie kable hipnowirtuatora, ale w końcu uległ nieugiętej woli telepaty.
- A, co mi tam, to w końcu tylko erotyczny koszmar. Trochę seksu wirtualnego jeszcze nikomu nie zaszkodziło.
Czarna i naga postać rozsiadła się na nim. Piękną murzyńską twarz szpeciły dwa białe kły, wystawiła rozdwojony język i nachyliła się do jego karku. Badała jego szyję i w końcu wymacał tętnicę. Wampirzyca przyssała się do jego szyi żądna krwi. Ston wystraszył się i usiłował zrzucić z siebie głodną napastniczkę, ale kobiece uda ściskały mocno, a niecierpliwe biodra szukały jego nabrzmiałej krwią męskości wreszcie znalazły upragniony cel, nabiła się z jękiem a jej okrężne ruchy doprowadziły go na szczyt przyjemności. Przez cały czas miał nieodparte wrażenie, że ktoś obserwuje ten intymny sen, jakby stał obok i podglądał bezczelnie.
Ciała kochanków splątały się ze sobą w mocnych uściskach, przekręcały, turlały, jak podczas walki zapaśników, kiedy siła zawodników jest wyrównana. Zabolało, senna zmora ssała mocno, oderwał ją od szyi, ale ona zwinnie przemieściła się niżej, a tam już miała czego się trzymać.
- Oj! Ojojoj.. Ale się przyssała. O w mordę wyposzczoną, ale daje… Oj!!! Trochę przesadza diablica niewyżyta! Delikatniej!…
Przyjemność gwałtownie narosła i wybuchła w ustach niecierpliwej kochanki. Wampirzyca zmieniła pozycję i przemieściła się na z góry upatrzony wzgórek łonowy i potraktowała jego biodra jak ogiera, którego za wszelką cenę należy ujarzmić. Are poczuł, że przyjemność po raz kolejny narasta i, że za chwilę wybuchnie kolejnym orgazmem.
Ston ocknął się w cyberprzestrzeni. W pierwszej chwili nie mógł zrozumieć, co się z nim dzieje. Leżał na plecach w błocie, kombinezon miał oblepiony ogromnymi pijawkami. Ledwie wstał, były ogromne. Na szczęście nie miały zębów, nie były w stanie przebić się przez materiał ochronny do upragnionej krwi. Mimo to ssały mocno, a ich wygłodniałe jamy gębowe nie dawały za wygraną. Zaczął ucinał im głowy, nie było to łatwe ani przyjemne, ale zależało mu na dodatkowej punktacji. Zostawił na koniec pijawkę, która ssała mu krocze, bał się uciąć jej głowę gdyż jego organ męski tkwił w gardle stworzenia i bał się, że odetnie sobie końcówkę, co prawda wirtualną ale ból w postaci wyładowania elektrycznego był realny. Po namyśle wziął się na sposób. Przykucnął, stanął paskudzie na ogon obiema stopami i podskoczył. Olbrzymia pijawka oderwała się z głośnym cmoknięciem.
- Uuuu…chuuu... chuuu... - wysapał z ulga i dodał. - Tobie daruję życie. Zasłużyłaś sobie na to – żartował i patrzył jak wielka pijawka wpełzała w błoto. Poszukaj sobie gdzie indziej smoczka do zabawy, mój nie jest dla dzieci - mówił do niej dopóki nie zniknęła w bagnie. Pomachał dłonią, jakby żegnał kogoś bliskiego.
Biegacz uzgodnił nakazany kierunek z wskazówką busoli i ruszył dalej. Zabił osiemnaście pijawek i otrzymał dodatkowo tysiąc osiemset punktów. Uśmiechnął się zadowolony z siebie i zrelaksowany niedawnym przeżyciem.
- Ciekawe jakim sposobem znalazłem się na brzegu bagna, przecież straciłem przytomność ? - zastanawiał się, chcąc poskładać w logiczną całość minione chwile. - Wygląda na to, że pijawki, aby ułatwić sobie ssanie zdobyczy, wyciągnęły mnie z bagna...
Stanął zaskoczony dziwnym widokiem. W błocie, wił się znajomy kształt oblepiony pijawkami. Postanowił pomóc zaatakowanej postaci. Podszedł bliżej i stwierdził, że ofiarą jest kobieta. Na butli z powietrzem widniała cyfra pięć. Zaczął zrywać z niej pijawki. Wielkie robale upodobały sobie szczególnie intymne miejsca. Po każdym oderwaniu jamy gębowej kobieta jęczała. Wreszcie uporał się z wielkimi pijawkami i uchylił biegaczce szybkę kasku. Zamiast krzyku bólu usłyszał jadowity szept.
- No i co się kurwa wtrącaszzz... Co chceszzz? Znalazł się bohater - wyrzucała z siebie słowa pełne żalu. - Taki miałam piękny sen. Jak można kobiecie przerywać w takim momencie? Wandal!
Are pośpiesznie wstał i uciekł, zostawił za sobą gderającą towarzyszkę, która wymachując bronią ruszyła w swoją stronę, zła jak wszyscy diabli razem wzięci.
- Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane - biegacz przytoczył znane powiedzenie pukając się pistoletem w kask. - W końcu to rywalka. Powinno mi zależeć na jej wyeliminowaniu. Ale mi się dostało, ciekawe, co jej się śniło? Niespodziewanie usłyszał słowa, kogoś obcego.
- Wyobraź sobie, że mieliście ten sam sen. Ale dla niej, nie skończył się tak szybko, bo jak wiesz kobiety dłużej doznają i przeżywają. Musisz przyznać, że było całkiem przyjemna - dudnił wewnętrzny śmiech. Ston przyśpieszył bieg jakby chciał uciec przed nieprzyjemnym rechotem telepaty.
Podłoże stało się twarde i kamieniste. Trzęsawiska okrzepły, a drzewa przestały zasłaniać perspektywę. Ston stanął na wzniesieniu. Przed nim rozpościerało się morze piasku błyszczącego w słońcu, a słaby wietrzyk tworzył pomarszczone wydmy. Przestrzeń falowała od gorąca tworząc drżące miraże złotej wody. W dali wiła się wstęga srebrzystej rzeki. Za nią rozpościerał się las, zjeżony jak garb wystraszonego kota, któremu na karku pękł olbrzymi wrzód i postaci krateru wulkanu.
Widok napawał optymizmem i dodał mu nowych sił. Sprawdził pulsujące cyfry na monitorze zegara kontrolnego. Przebył trzy tysiące sześćset dwadzieścia siedem metrów. Zabił dwadzieścia atakujących stworzeń. Razem zdobył pięć tysięcy sześćset dwadzieścia siedem punktów. Do ukończenia biegu pozostało mu półtora kilometra. Wydmy miały około kilometra długości, kończyły się kamienistym brzegiem rzeki, która miał ze sto metrów szerokości.
Czyli po drugiej stronie rzeki czeka na mnie upragniona meta i rozliczenie strat, których nie posiadam – zauważył z zadowoleniem, klepiąc się radośnie po udach. – Nie mam strat w sprzęcie, ani tym bardziej uszkodzeń fizycznych. Żadnych punktów ujemnych. To będzie całkiem niezły wynik. Pierwsze miejsce gwarantowane.
Are wznowił bieg, jednak po pewnym czasie musiał zwolnić, niemal szedł. Podłoże stało się grząskie. Przystanął i rozglądał się uważnie. Niebo było czyste i nic nie wskazywało na powietrzny atak. Trochę to go dziwiło, bo na tej odkrytej powierzchni był widoczny z dużej odległości i stanowił łatwy cel dla jakiegoś skrzydlatego stworzenia. Określił na oko dystans do rzeki, do brzegu dzieliło go jakieś sto metrów. Miał nadzieję, że telepata zajmuje się innymi uczestnikami i da mu wreszcie święty spokój. Pomyślał z niechęcią o mutancie i w tym samym momencie stracił grunt pod nogami.
Piach utworzył wir i powstał ogromny lej, który wciągał biegacza do centrum. Uległ panice, ale im bardziej starał się wygrzebać na powierzchnię, tym mocniej coś wielkiego wsysało zdobycz głębiej. Gdy opadł z sił zrozumiał, że nie uniknie wirtualnej śmierci. Przypomniał sobie słowa telepaty.
- Z każdej sytuacji jest jakieś wyjście, liczy się opanowani i spokój, trzeźwe spojrzenie na problem, bez niepotrzebnych nerwów...”.
Are powoli opanował się, zaczął szukać możliwości wyjścia z tej beznadziejnej sytuacji. Strzelanie do piasku nie miało sensu. Umysł wypełnił się obrazami oślizgłych dżdżownic z wijącymi się tułowiami. Wyglądało na to, że będzie trawiony w długim przewodzie pokarmowy jakiegoś padalca. Doszedł do wniosku, że zna szybszy sposób na wyjście z tego testu. Zrezygnowany uchylił szybkę kasku, przybliżył pistolet laserowy do ust.
Potwór powoli wsysał piasek, a jego bezradna ofiara patrzyła w lejowatą gardziel, która rosła z każdą chwilą. Biegacz numer cztery złapał mocniej cyngiel pistoletu. Trzęsącym palcem naciskał, aż do pierwszego oporu. Spodziewał się, że za moment wirtualny hełm wygenerują impuls elektryczny, a on zacznie drgać porażony prądem. Ostatnia myśl rozjaśniła mu oblicze nadzieją. Pośpiesznie wyjął broń z ust.
- Mam wyjście! - wrzasnął i popukał się miotaczem w kask. - Ale ze mnie gapa! Wysadzę w powietrze tego robala. Dostanie wybuchowe danie nienażarty sukinsyn!
Przygotował broni do wyciągnięcia zawleczki, co powodowało uruchomienie zapalnika i w ciągu pięciu sekund następowała detonacja. Na szczęście uważał na instruktażu, kiedy telepata tłumaczył sposób obsługi uniwersalnego pistoletu laserowego. Ręce mu dygotały z nerwów. Starał się opanować, miał świadomość, że to dla niego ostatnia deska ratunku i każdy błąd będzie nieodwracalny.
- Wyłaź wreszcie z tego piachu, ty obleśny krecie – zawołał do swojego prześladowcy. - Wyzywał to coś, aby dodać sobie odwagi. - Pokaż swoją wstrętną mordę, ty tłusta glisto! – Czekał gorączkowo na odpowiedni moment. - No, choć, to będzie twoje ostatnie beknięcie.
Potwór ukazał swoje krągłe kształty. Z piachu wyłoniły się ogromne biodra, podobne do ludzkich. To, co zobaczył zaskoczyło Stona i wprawiło w zakłopotanie. Bezwiednie skorygował ostatnią wypowiedź.
- Albo pierdnięcie – wycedził przez zaciśnięte zęby i odbezpieczył granat, wrzucił go głęboko w mięsistą gardziel.
Po chwili głucho huknęło. Przez powierzchnię przeszedł dreszcz, po czym piasek zafalował i wytrysnął fontanną, która porwała człowieka w górę na nieznaczna wysokość. Beczkowate szczątki turlały się po spadzistym brzegu, buchały dymem spalenizny. Cześć z nich wpadła z pluskiem do rzeki poczym gasła z sykiem. Nad powierzchnię wody wyskoczyło parę ryb. Kształtem przypominały wielkie welonki, ale ich masywne szczęki usiane szpiczastymi zębami jednoznacznie określały, czym się żywią.
Are na ten widok usiadł na kamieniu i popatrzył w nurt rzeki, która gotowała się od ryb w miejscach, gdzie ucztowały głodne piranie. Z trudem powstrzymywał się przed przekleństwami pod adresem mutanta o zdolnościach parapsychicznych, wyzwiska same cisnęły się na usta. Świadomość punktów karnych powstrzymywała biegacza od wygarnięcia telepacie jakiejś soczystej wiązanki.
Po namyśle Ston doszedł do wniosku, że w czasie przeprawy zanęcić ryby i zgromadzi je w jednym miejscu, by przebyć rzekę w górnym jej biegu. Wziął się ochoczo do roboty. Po kolei staczał kawały rozerwanego stworzenia, które można było ułożyć w całość. To był ogromna dżdżownica zakończony po obu stronach otworami odbytowo-gębowymi. W miarę wrzucania do wody pozostałości potężnego tułowia, rozpętała się walka o jedzenie.
Pozostał jeszcze jeden kawał wężowatej dżdżownicy, ale był najdalej i wyglądał na bardzo ciężki. Ocalała jama odbytowo-gębowa była drugim końcem zwierzęcia i najmniej ucierpiała w czasie wybuchu. W pierwszej chwili chciał zrezygnować z jej turlania, był wycieńczony wykonaną pracą. Jednak po przemyśleniu przyznał, że lepiej wykorzystać wszystko do zagłuszenia głodu żarłocznych piranii. Powoli podszedł do bryły mięsa. Zrobił parę głębszych oddechów, aby zebrać siły i oparł się o nią plecami. Nagle coś się poruszyło w jej wnętrzu. Are odskoczył i pilnie obserwował to dziwne zjawisko. Jakieś żywe stworzenie szamotało się we wnętrznościach.
- Zaraz coś się z niej wykluje! Nie dam rady szybko przeturlać taki kawał mięsa. Do wody jest jeszcze daleko. Co mam robić, uciekać? – Zastanawiał się wiedząc, że czas nagli. W końcu podjął jak sądził słuszną decyzję. – Czym ja się przejmuję? Stworzeniu jest przecież będzie osłabione porodem. A jak mnie zaatakuje, to zdobędę kolejne punkty - zdecydował zadowolony ze swojego wyrachowania.
Przebił nożem zrogowaciałą skórę i czekał na to, co wyjdzie z małego otworu. Nagle z wnętrzności wystrzeliła srebrna rękawica. Ston aż podskoczył ze strachu. Patrzył zaskoczony jak druga ręka łapie za krawędź dziury i pośpiesznie rozdziera przeciętą skórę. Biegacz obudził się z osłupienia. Cięciami noża powiększył szparę i wyciągał postać oblepioną śluzem, kątem oka zobaczył numer ubioru ochronnego, to była znajoma piątka.
Oswobodzona kobieta pośpiesznie włączyła na pasie przycisk otwarcia kombinezonu. Zrzuciła z głowy kask, uwalniając jasne włosy i zawyła.
- Co tak kurwa leżysz? Rozbieraj mnie! Pośpiesz się! - wyrzucała z siebie słowa, starając się jak najszybciej ściągnąć kombinezon, który mocno przylegał do jej jędrnego ciała. – No szybciej pierdoło!
- Spokojnie! Nie chcę żebyś potem powiedziała, że zapomniałem o grze wstępnej – odgryzł się Ston zaskoczony nieoczekiwanym zachowaniem biegaczki. Był ostrożny, miał się przed nią na baczności.
- Zamiast gadać weś się wreszcie do roboty ciamajdo – ponaglała go ordynarnie i wskoczyła okrakiem na niego, aby zdarł z niej spodnie kombinezonu.
Stona nie trzeba było długo namawiać, bo ukazujące się nagie ciało było imponujące. Do tego poczuł narastające podniecenie i przyznał w duchu, że to w końcu wirtualny, bezpieczny seks, w którym wszystko jest dozwolone. Ściągał z biegaczki ostatnie części kombinezonu, które rwały się w rękach.
- O tak! Szybciej! Ale ulga! Jeszcze tutaj! O tak!
Gorąco aż biło od jej spoconego ciała, kropelki potu gromadziły się na powierzchni piersi, po czym skapywały ze sterczących sutków. Are poczuł się podniecony do granic wytrzymałości. Chciał otworzyć swój kombinezon, który go gniótł w kroku, ale akurat biegaczka przysiadła mu klamrę pasa. Nagle kobieta wstała jak poparzona i pobiegła w kierunku wody. Ston uświadamiał sobie, co tak naprawdę było przyczyną jej dziwnego zachowania.
- Cholera! Ale ze mnie głupiec – przyznał, kpiąc z samego siebie. - Przecież ona przez dłuższy czas przebywała we wnętrzu tej oślizgłej poczwary. Kwasy żołądkowe zaczęły rozpuszczać włókna ubioru ochronnego - tłumaczył sobie dziwne zachowanie współ- biegaczki. - Naiwnie myślałem, że to na mój widok zrobiła się taka gorąca.
Ston krzyczał za nią, ale biegaczka wskoczyła radośnie do wody, chlapała rękami jak dziecko.
- Stój! Piranie! Wyjdź z wody! – wrzeszczał i machał rękami. – Wychodź wariatko!
Are podbiegł i łapiąc dziewczynę za rękę wyciągnął ją na siłę na brzeg rzeki. Jedna z piranni wyskoczyła z wody chcą się wgryź w ciało nagiej kobiety. Biegaczka numer pięć z trudem łapała powietrze, podobnie jak ryba drgająca na brzegu. Była w szoku i dopiero po dłuższej chwili uspokoiła się. Gdy zrozumiała, że jest naga w objęciach nieznanego mężczyzny, burknęła:
- A ty, co?! Łapy przy sobie! Coś się tak do mnie przyssał?
- Znowu ci ratuje życie a ty za każdym razem masz pretensje. Ale ze mnie głupiec – Ston odsunął się od nagiej kobiety, która siedziała z głową wtuloną w kolana. Skulona postać na kamienistym brzegu rzeki, w której tańczyły srebrzyste odblaski słońca. Chowała swój wstyd w podkulonych nogach. Biegacz wyobraził sobie jak piękny byłby to akt, gdyby zaistniał na płótnie.
- Mogłabyś, chociaż podziękować - mruknął udając obrażonego. - Dziękuję powiedziała od niechcenia i podejrzliwie spojrzała na swojego wybawiciela, jeszcze bardziej wtuliła się w kolana, zadrżała na całym ciele. – A to ty mi ten piękny sen przerwałeś – zauważyła już bardziej skruszonym głosem, marszcząc przy tym mały nosek. – I co się tak gapisz? Skoro jesteś taki uprzejmy, to daj mi bluzę kombinezonu. - Widząc wystraszoną minę biegacza dodała. - Przynajmniej na chwilę zanim podejmiemy decyzję...
- A cóż to? Już jesteśmy wspólnikami! Tak szybko - drwił, bo postanowił się odgryźć za bezczelność i arogancję kobiety, która, jak sobie przypomniał, była przecież rywalką, a on obiecał sobie, że już nie będzie nikomu pomagał. - Tak się składa, że doskonale wiem, co trzeba zrobić. I jak chcesz wiedzieć właśnie przeszkodziłaś mi w realizacji mojego planu.
- No nie bądź takim egoistą. Czuję się dość niezręcznie bez ubrania - mówiąc to pilnie obserwowała reakcję biegacza, ale twarz mężczyzny wyrażała nadal obojętność. Nic sobie nie robił z jej opłakanego stanu, co wzbudziło w kobiecie bezsilną złość. Postanowiła zachęcić go do zmiany postawy, tym bardziej, że do jej umysłu wtargnął szept telepaty.
Coś się tak rozsiadła na tych kamieniach, jak kwoka na jajach. No rób coś. Po drugiej stronie rzeki czeka na ciebie meta. Jeszcze nic nie jest stracone. Wykorzystaj kobiece wdzięki, no chyba je masz? – wewnętrzne słowa reżysera tego całego zajścia kusiły z diabelską natarczywością. - Chyba nie muszę cię uczyć, co mężczyźni lubią najbardziej. To twoja ostatnia szansa! Dupo wołowa rusz się i zrób coś!
Kobieta odwróciła się bokiem do swojego rozmówcy i udając obrażoną rozłożyła krągłe pośladki na piętach, co jeszcze bardziej podkreśliło jej cienką talię. Do tego obrazu dodała niewinne spojrzenie.
Czujny telepata odczuł wzrost napięcia seksualnego u biegacza numer cztery i wykorzystał to natychmiast, podłączył się do świadomości mężczyzny.
- Ty się chyba w czepku urodziłeś. Ale ci się wirtualna dupka trafiła. O jo joj... – telepata bez problemu wyłowił wątpliwości z umysłu biegacza i szybko dodał - Ona ci nie zagraża. Bądź spokojny. Przecież wiesz, jaki masz wynik. Jesteś najlepszy. Oblicz ile dostanie punktów karnych za brak kombinezonu, miotacza i noża, do tego nie zabiła tylu stworzeń, co ty. No chyba umiesz liczyć?
Are przez chwilę zastanawiał się i przeliczał w myśli, ale gdy biegaczka nieoczekiwanie odwróciła się do niego, pokazując na moment to, co ma między nogami, zdecydował się natychmiast. Nerwowo wybierał, z której części kombinezonu ma zrezygnować. W końcu postanowił na chwilę oddać górną część ubioru ochronnego. Przycisnął na klamrze pasa przycisk „OTW”, który za pomocą siły magnetycznej utrzymywał ubiór w całości. Zamki kombinezonu puściły, od pasa odpadły spodnie. Biegacz z głupią miną chwycił rozporek i starał się ukryć to, co tak natarczywie chciało ujrzeć światło dzienne. Odwrócił się pośpiesznie, ukazując gołe pośladki.
Biegaczka śmiała się do rozpuku i nie tylko ona, bo nawet otaczająca ich rzeczywistość wirtualna delikatnie jakby się rozmazała.
- Przez chwilę myślałam, że chcesz mi oddać spodnie – kobieta zakpiła z jego niezręczności i bezwstydnie wstała. - Nie mam zamiaru wstydzić się wirtualnych kształtów, które przecież tak naprawdę nie są realne, a moje prawdziwe ciało wcale nie musi być tak obfite, jak to. - Zatańczyła przed nim piruet, rozbujała duże piersi. Podeszła bliżej, kołysząc przesadnie biodrami. Złapała biegacz mocno za pas i przyciągnęła gwałtownie do siebie. Byłabym straszną egoistką, gdybym nie okazała wdzięczności za szczodre serce. Mój ty słodki wybawicielu – cmoknęła namiętnie ustami i zaczęła otwierać zaciśniętą na rozporku piąstkę, którą mężczyzna kurczowo trzymał opadające spodnie, powoli palec po palcu, aż spodnie z powrotem opadły do kostek. Osunęli się razem na gorący piach.
Jesteś mi coś winien za przerwany erotyczny sen - rzekła z udawaną złością.
Odepchnęła biegacz brutalnie od siebie, ten zaplątał się w spodniach kombinezonu i upadł na plecy. Biegaczka zwinie wskoczyła na umięśniony tors meżczyzny. Szybko odnalazła sterczącą męskość i umiejętnie zatańczyła biodrami. A gdy już usadowiła się wygodnie nagle jakby sobie przypomniała niedawny galop, kiedy materiał kombinezonu palił jej skórę i zaczęła przyspieszać. To był brutalny, szybki seks. Podświadomie czuli, że właśnie w ten sposób rozładują nerwy - napięte do granic wytrzymałości. Przyjemność przeżyliby na pewno wolniej i spokojniej, ale bezczelnie wtrącił się do ich intymnego przeżycia telepata, który prosił błagalnym głosem:
- Spokojnie, bez pospiechu. Mamy czas, dużo czasu. Cholera! Co wy wyrabiacie? No nie! Dajcie się skupić! Egoiści! Wandale przyjemności…
Oboje słyszeli te słowa. Uśmiechnęli się porozumiewawczo i z satysfakcją zemsty jeszcze bardziej przyspieszyli. Przeszli do galopu jakby chcieli się nawzajem przegonić w osiągnięciu orgazmu. Nie mogli zapomnieć, że w każdym zakątku tego wirtualnego świata czaiło się niebezpieczeństwo i ta świadomość dodawała do ich przeżycia jakiegoś dreszczyku emocji, jakby robili to zawieszeni nad przepaścią na cienkiej linie, a każdy następny ruch powodował przecieranie kolejnych nici o ostrą skałę. Pędzili coraz szybciej i gwałtowniej, aż dotarli do celu, niczym konie ścigające się do upragnionej mety. Byli wyczerpani do granic wytrzymałości, ale szczęśliwi z wygranej. Ulga zawarta w krzykach była głośna, a przyjemność bolesna. Gdy ochłonęli uświadomili sobie, że telepata ma ogromne możliwości odwetu. Pośpiesznie wstali, ale widok otoczenia uspokoił ich.
Bezchmurne niebo, spokojna toń rzeki, która migotała promieniami słońca, żółty odblask pustej przestrzeni wokół, napawały spokojem. Zdziwili się, bo byli pewni natychmiastowego ataku jednego z wirtualnych potworów, patrzyli ze strachem dookoła. Biegacz podał kurtkę wirtualnej kochance, mówiąc.
Pamiętaj to tylko pożyczka.
O dzięki! Dobra, dobra. Zobaczymy jak na mnie leży powiedziała udając obojętność i wyrwała mu z rąk podarunek.
Ston włączył na klamrze pasa przycisk „ZAM”. Spodnie ubioru dopasowały się do pasa i utworzyły spójną całość. Górna część kombinezonu leżała na biegaczce naprawdę seksownie tym bardziej, że nie byłą w stanie przykryć jędrnych pośladków.
Fajnie leży - przyznała z aprobatą zadowolona kobieta. - Pasuje na mnie jak ulał, biegaczka paradowała przed biegaczem jak modelka na wybiegu. - Pójdę zobaczyć, czy nie ocalało coś z mojego ubioru - odbiegła w stronę bryły mięsa.
Are popatrzył za nią. Z przyjemnością oglądał krągłości, które cyklicznie wychylały się z dolnej krawędzi ubioru. Pomyślał, że od tyłu, w tej seksownej kurteczce, wygląda jeszcze bardziej ponętnie niż na golasa. Miał ochotę za nią pobiec, dogonić i...
- Ależ smaczna pupcia, że aż palce lizać i smakować do bólu - podpuszczał mutant z drżeniem w głosie. Człowieku bierz ją na bis! No goń te pośladki, bo ci uciekną... Tak przyjemnie podskakują, a ty nic nie robisz impotencie.
Telepata powiedział to w złą godzinę, bo biegaczka numer pięć z czwórką wypisaną na butli Stona odnalazła swój pas, kask i zegar, założyła je na siebie i włączyła odpowiedni włącznik, część kombinezonu zespoliły się z pasem i z hełmem. Następnie podbiegła radośnie do brzegu i machając ręką oniemiałemu biegaczowi wskoczyła w nurt rzeki.
Ston jeszcze długo stał z głupią miną i dłonią bezwiednie wyciągniętą, jakby na pożegnanie kogoś bliskiego. Patrzył jak zanikają koliste ślady na wodzie. Minęła dłuższa chwila zanim doszedł do siebie. To był oczywisty koniec jego zmagań.
- I tak jest ze mną przez całe życie - przyznał z żalem. - Ileż to jeszcze razy, będą baby robiły mnie w jajo. Ale ze mnie pierdoła. A miałem już wygraną w kieszeni. Byłem prawie na mecie. Ale nie, jeszcze było mi mało. Jeszcze chciałem sobie pociupciać na koniec. Zrezygnowany biegacz usiadł na kasku już teraz zbytecznym. Narastała w nim złość. Wirtualna dziewczyna okazała się spryciarą, która wie, czego chce.
Nie będę spokojnie siedział i czekał na wirtualną śmierć. To jeszcze nie koniec. O nie! Ty karłowaty kurduplu! - Obraził telepatę, ale wcale tego nie żałował. - Mam głęboko w dupie twoje punkty karne.
Rodząca się w biegaczu siła pobudzona adrenaliną umożliwiła szybkie zepchnięcie ostatniego kawałka mięsa do wody. Odszedł trochę dalej w górę rzeki i spokojnie zanurzył się. Wykorzystać moment, kiedy piranie były zajęte dodatkową ucztą. Nie miał kasku i musiał, płynąć żabką. Starał się płynąć wolno, aby nie wabić drapieżnych ryb. Nurt rzeki spychał go w kierunku krwiożerczej uczty. Narastające uczucie strachu i chęć jak najszybszego przepłynięcia przyspieszyły jego ruchy. Im bliżej był brzegu tym szybciej płynął, już teraz kraulem, który powodował dużo hałasu. Poczuł ciepło, z którego wybuchł ból, narastający i przeraźliwy. Ostre jak szpilki zęby dorwały się do mięsa brzucha, klatki piersiowej rąk. Nie pamiętał jak przepłynął odcinek paru metrów, to była szaleńcza ucieczka przed cierpieniem.
Okaleczony Ston wydostał się z rzeki. Przyczepione do spodni dwie piranie nie przejmowały się brakiem wody. Roztrzaskał im głowy najbliższym kamieniem. Ból narastała cyklicznie, zmuszał do wrzasku. Biegacz spojrzał na zegar i przeklął.
- O kurwa twoja mać! Jeszcze tylko dwadzieścia metrów, ty karłowaty kurduplu. Myślisz, że nie dam rady? Otóż mylisz się! Dam radę!
Ból powodował osłabienie i nie mógł ustać na nogach, wiec szedł na czworakach. Metr po metrze przesuwał się do przodu, pozostawiał po sobie krwawą maź, co jakiś czas zamierał w odrętwieniu i krzyczał.
- Jeszcze dwadzieścia metrów! Ty popaprańcu! Ty sadysto! - wyrzucał z siebie wyzwiska i zaczął się czołgać. Krzyki dawały mu ulgę w cierpieniu, więc sobie nie żałował.
- Jeszcze siedemnaście metrów, ty pieprzony kutasie z łbem jak dynia! Ty obwisły h...
Ston znaczył czerwoną smugą kamienisty brzeg, jak ślimak ciągnął za sobą mokry ślad. Świadomość, która pałała nienawiścią do reżysera i autora jego cierpień, nie dawała się uśpić.
Telepata patrzył z podziwem na hipnowirtuator numer cztery, który rozjaśnił się nićmi wyładowań elektrycznych, z niedowierzaniem pokręcił głową, patrząc na krzyczącą w bólach postać.
- Jeszcze dziesięć metrów! I co? Myślałeś, że nie dam rady! Ty skurwielu niewyżyty. Ty samojebie wirtualny...
Are zebrał ostatki sił, uniósł tułów w górę i chciał przeturlać się przez ostatnie metry, mięśnie rąk nie wytrzymały, runął nieopodal mety. Zabrakło mu dosłownie paru metrów do ukończenia biegu. Świadomość zanikała powoli. W czarnej otchłani wyłoniła się czwórka wypisana na jego osobistej butli z tlenem, usłyszał znajomy głos.
- To prezent ode mnie ty mój wirtualny kochanku. Nie mogę patrzeć jak się męczysz.
Owładnęło nim uczucie ukojenia. Usłyszał dźwięk sygnalizujący metę. Cyberprzestrzeń wokół niego rozmazała się. Ukazało się rozliczenie punktowe na monitorze zegara kontrolnego:
PUNKTU ZA PRZEBYTĄ ODLEGŁOŚĆ + 5000 p
ZABICIE ATAKUJĄCYCH STWORÓW + 2300 p
USZKODZENIA RĄK I TŁOWIA 2000 p
USZKODZENIE KOMBINEZONU 1000 p
UTRATA KASKU 1000 p
UTRATA MIOTACZA 1000 p
UTRATA NOŻA 1000 p
OBRAZA TELEPATY - 10 razy` 1000 p
AKTUALNY WYNIK + 300 p
- Czy za obrazę nie wystarczy ci słowo - „przepraszam? Musiałeś mi zabrać tyle punktów za tych parę słów prawdy. A wsadź sobie głęboko tego tysiąca, pomyślał z satysfakcją siedzący na hipnowirtuatorze numer cztery, wiedział, że go podsłuchuje obrażalski telepata.
Are był wyczerpany psychicznie i fizycznie, mało go obchodziły wyliczenia końcowe. Poklepał się po rękach z czułością. Wszystko, co przeżył w czasie testu psychofizycznego, dało mu wiele do myślenia. Był z siebie dumny. Rozejrzał się po pomieszczeniu pełnym hipnowirtuatorów. Zatrzymał wzrok na sąsiadce, która właśnie uśmiechała się do niego z lisią satysfakcją, jej twarz promieniała pełnią zwycięstwa.
Ston miał mieszane uczucia, co do niej, odpowiedział mimo wszystko mrugnięciem oka i nieszczerym uśmiechem. Stwierdził, że nie jest podobna do wirtualnej blondynki o niewinnych, niebieskich oczach. To była brunetka o zawadiackim spojrzeniu lubił ten typ urody. Ocenę obserwowanej kobiety przerwały słowa telepaty.
- Niech opuszczą salę ci, którym nie udało się dotrzeć do mety.
Kandydaci wstali i powoki przemieszczali się do wyjścia. Służba porządkowa pomogła im wychodzić szybciej. To przypomniało Ston o przeżytym bólu.
Ty sadysto wycedził przez zęby i dodał z satysfakcją. - Karłowata świnio, jak możesz się tak znęcać nad ludźmi?
- Ależ panie Are! To jest moja praca! Staram się z niej wywiązać jak najlepiej. Moje główne zadanie to selekcja - tłumaczył się pośpiesznie człowieczek o przenikliwym spojrzeniu. - Pana sąsiadka ukończyła bieg z punktacją większą o tysiąc punktów, ale ja nie będę pamiętliwy i anuluje Panu ujemne punkty za obrazę mojej osoby. Tak, więc reasumując wynik, przeszliście pozytywnie test z taką samą punktacją i w nagrodę otrzymacie miejsca w promie kosmicznym. Moja praca to bardzo odpowiedzialna funkcja, wymagająca najwyższych kwalifikacji starał się łagodzić sytuacje i widząc jak twarz Are rozjaśnia się radością zwycięstwa, dodał już spokojniej. Dożyliśmy czasów, kiedy bardzo trudno o idealnie zdrowego człowieka. Dlatego wymagane jest gruntowne sprawdzenie, przede wszystkim pod względem zdolności psychofizycznych, a co za tym idzie i seksualnych.
Sąsiadka mrugnęła do Stona zielonym okiem, uśmiechnęła się zalotnie i nachylając głowę w jego stronę wyszeptała.
- Miło mi. Tym bardziej, że już wiem, co lubisz najbardziej - zrobiła z ust dzióbek jakby ssała smoczek. - Będziemy stanowili doskonałą parę, ty mój narwisty koniku bujany.
K O N I E C
| < Poprzednia | Następna > |
|---|





