"Kobieta jest jak owoc, który nie wyda z siebie słodyczy, dopóki nie utrze się go w rękach. Czyżbyś nie wiedział, że ambra, jeśli się jej nie obraca w dłoniach i nie rozgrzewa, skryje w sobie zawarty aromat? – tak samo jest z kobietą!"Nafzawi, „Ogród wonności”
J. Tuwim, Lilia
Rozchyliłem stulone płatki i pokazałem jej wstydliwe wnętrze kwiatu.
- Niech pan przestanie.
Jeszcze nie wiedząc, lecz już przeczuwając widocznie, zaśmiałem się nagle
i nagle urwałem...
- Bo?...
Podniecające i sekretne były jej oczy, zmrużone niezdecydowaną
odpowiedzią...
Wtedy rozwarłem szeroko na cztery strony świata białe ciało lilii i
wilgotnymi wargami upieściłem wnętrze...
A gdy podniosłem oczy - ona stała w pąsach, z rozfalowaną piersią i
błyszczącymi źrenicami.
I uśmiechnąwszy się nikle (pewno z warg moich, ufarbowanych żółtym
pyłkiem) - jakimś specyficznie wzruszonym i drżącym głosem
powiedziała:
- Pan jest wy-ra-fi-no-wa-nie nieprzyzwoity!...
***
Dla Pauliny T.
Przez chwilę szukała czegoś po kieszeniach. Kiedy już znalazła klucze, nie mogła trafić trzęsącymi się z zimna dłońmi w dziurkę zamka. W końcu wsunęła go gładko i przekręciła. Zamek odezwał się cichym szczęknięciem ulgi. Czekałem na ten dźwięk w napięciu. A może to wcale nie przez zimno drżały jej ręce? Koniec lata przyniósł co prawda chłodne wieczory, ale ja, stojąc przecież tuż za nią, na deszczu, nie czułem jakoś specjalnie zimna. Wręcz przeciwnie, przepełniało mnie przyjemne ciepło.
Nagle zrobiło się cicho. Klatka schodowa ogarnęła nas półmrokiem i zapachem wilgoci. O dziwo, nie była to wcale nieprzyjemna woń.
– Ostatnie, czwarte piętro – powiedziała, poprawiając mokre włosy.
Spojrzała przelotnie w moje oczy z nieśmiałym uśmiechem, ale szybko ruszyła po schodach, najwidoczniej tak samo speszona jak ja. Drewniane stopnie oddawały ciche westchnienia przy każdym jej kroku. Poza tym panowała idealna cisza; grube ściany zagłuszały rytmiczną muzykę padającego deszczu.
Nigdy bym nie pomyślał, że nasze drugie spotkanie będzie miało swój finał w jej mieszkaniu. Poznałem ją jakiś tydzień wcześniej, podczas niedzielnej przechadzki z moją siostrą, jej synkiem i psem po pobliskim parku. Choć słowo „poznałem” jest trochę na wyrost. Widzieliśmy się tego słonecznego popołudnia zaledwie w przelocie.
Kilka dni wcześniej rzuciła mnie dziewczyna, z którą miałem jechać nad morze. Wszystkie wakacyjne plany wzięły więc w łeb. Postanowiłem wtedy odwiedzić dawno nie widzianą siostrę.
Nasz pierwszy wspólny spacer przebiegał w bardzo kordialnej atmosferze. Przekomarzaliśmy się dość głośno, śmialiśmy. Dla postronnych osób wyglądało to na popołudniową przechadzkę szczęśliwego małżeństwa. Tak też pewnie pomyślała o nas brunetka ze zgrabnymi nogami, którą mijaliśmy wtedy nieopodal największego jeziorka. Zauważyłem, że przypatrywała mi się znad czytanej książki jakby trochę za długo, zbyt ciekawsko. Nawet, mijając ją, czułem – albo tak mi się tylko zdawało – jej spojrzenie na moich pośladkach.
Nim się spostrzegłem, stanęliśmy przed solidnymi drzwiami. Uporała się z zamkiem tym razem z należytą właścicielce wprawą. Przestąpiła próg pierwsza, otwierając przede mną podwoje mieszkania. Kiedy zdjąłem buty, zaprowadziła mnie do kuchni.
– Usiądź – wskazała na krzesło za stołem – zaraz przyniosę ręcznik, ale najpierw wstawię wodę. Przyda się nam gorąca… herbata? – spojrzała na mnie wyczekująco.
Kiedy przytaknąłem, zabrała się za nalewanie wody do czajnika. Ja tymczasem przyglądałem się jej w milczeniu. Długie ciemne włosy, proste na początku naszego spotkania, teraz pod wpływem wilgoci zaczynały wywijać się w niesforne kędziorki. Mokra koszula lgnęła do ciała, uwydatniając przy każdym ruchu właścicielki jego naturalne załamania i wybrzuszenia. Rzuciła jeszcze w moim kierunku ukradkowe spojrzenie – pewnie sprawdzała, czy ją obserwuję – i zniknęła za drzwiami bez słowa.
Filigranową brunetkę tydzień później odnalazłem dokładnie w tym samym miejscu, w którym ujrzałem ją po raz pierwszy. Dzień nie był już tak uroczy jak wcześniej. Słońce chowało się za chmurami, a mimo to było bardzo duszno. Siedziała na ławce obok największej wierzby. Miała piękny widok na jezioro, ale raczej nie korzystała z tego przywileju. Na kolanach bowiem trzymała książkę i to w nią była wpatrzona. Przysiadłem się bez słowa, niby oglądając przepływającego łabędzia. Początkowo nie zwróciła na mnie uwagi. Wzrok znad lektury podniosła dopiero, kiedy odchrząknąłem znacząco i odzwierciedliłem jej ułożenie ciała, tj. założyłem nogę na nogę.
Wydawała się obojętna; przynajmniej na twarzy, która pozostała skupiona. W oczach zaś dojrzałem życzliwe zaciekawienie. Ponownie odniosłem wrażenie, że bada mnie tymi bursztynowymi kamykami nieco zbyt długo.
Zaczęliśmy rozmawiać. Jak się okazało czytała „Strach przed lataniem”. Potem mieliśmy trochę rozprostować nogi podczas przechadzki po parku. Wtedy jednak niebo pociemniało jeszcze bardziej, a po dosłownie chwili zaczął padać rzęsisty deszcz. Taki stan rzeczy można było przewidzieć; na deszcz zapowiadało się od rana, jednak żadne z nas nie miało przy sobie parasola. Nim zdążyliśmy się schronić pod najbliższym drzewem, nasze ubrania były już mokre. Zaproponowała wtedy, żebym wpadł do niej na kubek ciepłej herbaty, bo mieszka rzut kamieniem…
Z zamyślenia wyrwało mnie ciche postękiwanie czajnika. Już chciałem wstać, gdy usłyszałem, żebym się nie kłopotał. Stała w drzwiach. Przebrała się: miała teraz na sobie jasnoszare, dresowe spodnie i niebieską koszulę na krótki rękaw, także jasną. Musiała mnie obserwować dłuższą chwilę. Przyłapała mnie na zamyśleniu. Nieco zaskoczony, z lekko otwartymi ustami i wpatrzonym w nią wzrokiem, musiałem wyglądać zabawnie. Uśmiechała się pod nosem. Po chwili rzuciła w moim kierunku ręcznik a sama podeszła do kuchenki. Wtedy dopiero tak naprawdę otworzyłem usta, już nie w zdziwieniu, ale w zachwycie. Krew uderzyła mi – nie tylko do głowy.
W kobiecym ciele najbardziej pociągają mnie nie duże piersi – wręcz przeciwnie, wolę średnie lub nawet małe – ale duże – pełne kłębiących się, zmiennych uczuć – oczy. Tuż za nimi plasują się nogi i pupa. Wiedziałem, że dziewczyna ta ma całkiem ładne nogi i zgrabną pupę. Walory te podkreślały nieznacznie dość obcisłe jeansy, które wcześniej miała na sobie. Teraz jednak, delikatny, jasny materiał, znacznie cieńszy od jeansu, idealnie otulał jędrną pupę, podkreślając naturalne wgłębienie… Nie, nie miała na sobie stringów, ale i tak widok ten przyprawił mnie o szybsze bicie serca. Nagle zrobiło mi się gorąco…
Zalała jeden kubek wrzątkiem, po czym otworzyła drzwiczki górnej półki i próbowała po coś sięgnąć. Nie była zbyt wysoka, więc musiała wspiąć się na palce. Przechyliła się przy tym lekko do przodu i wypięła jednocześnie pupę. Bluzka podniosła się w górę. W wolnej przestrzeni zaświtała jasna skóra, ale i coś jeszcze. Spod spodni wyłaniały się lekko niebieskie majteczki.
– Zapomniałam o cukrze – powiedziała wsypując dwie łyżeczki do swojego kubka. – Tobie też posłodzić?... – zawiesiła pytanie.
Stałem tuż za nią. Nie mogła usłyszeć moich kroków, podszedłem bezszelestnie. Może poczuła mój zapach? Nie odwracała się, ale jednocześnie jej dłonie zamarły: jedną oparła o blat szafki, w drugiej wciąż trzymała łyżeczkę. W pomieszczeniu zrobiło się dziwnie duszno. W ustach miałem tak sucho, że początkowo nie byłem w stanie wydobyć z siebie głosu. Dopiero po chwili szepnąłem ochryple tuż przy jej uchu:
– Pozwolisz, że sam osłodzę?
Lekko zadrżała na dźwięk nie tyle słów, co samego brzmienia głosu. A może przeszedł ją dreszcz, bo poczuła mój gorący oddech na swojej szyi? Nie spodziewała się, że posunę się tak daleko… Więc po co by się tak ubierała – skromnie a jednocześnie ponętnie? Najpewniej zaskoczyło ją tempo wydarzeń.
Musnąłem szyję subtelnym pocałunkiem. Rozwarła lekko usta, zaczęła głębiej oddychać. Obie dłonie położyłem na jej biodrach. Gładziłem brzuszek. Wsunąłem je wreszcie pod bluzkę i tam zacząłem delikatnie masować skórę okrężnymi ruchami. Jednocześnie twarz zanurzyłem w jej włosach. Pachniała jeszcze deszczem, ponętną wilgocią.
Moje dłonie zaczęły wędrować w górę. Wewnętrzna strona sunęła gładko po jedwabistej skórze; zewnętrzna zaś ocierała się powoli o szorstki – taki się wtedy wydawał – materiał ubrania. Bluzka była zbędna, przeszkadzała i drażniła tylko. Lewą dłonią dotarłem do podnóża piersi, pocierałem czubkami palców o chropowaty stanik. Drugą zaś chciałem podwinąć bluzkę.
Nie pozwoliła mi na to. Zatrzymała moją rękę. Byłem zawiedziony, lekko zły nawet. Naparłem dołem ciała zdecydowanie na jej pośladki, przyciskając ją do szafki. Musiała poczuć moją gotowość.
– Nie – powiedziała stanowczo.
Zwolniłem nacisk, tak by mogła się oswobodzić. Myślałem, że już po wszystkim, że przez moją niecierpliwość obejdę się smakiem. Jednak kiedy odwróciła się do mnie, jej twarz zastygła na chwilę w lekkim grymasie złości. Spojrzała mi głęboko w oczy, a z jej czoła znikały zmarszczki gniewu. Pocałowała mnie nieśmiało. Co mogła ujrzeć we wpatrzonych w nią oczach? Tylko jedno – pożądanie.
Ponownie objąłem ją w talii i przytuliłem do siebie. Zaczęliśmy się całować. Najpierw powoli badaliśmy nasze wargi, potem oddaliśmy się głębszym i bardziej zdecydowanym pieszczotom. Dłonie nie mogły nigdzie zagościć miejsca – wodziłem nimi od twarzy i karku po pośladki, gładziłem włosy i plecy. Wsunąłem jedną pod bluzkę i sunąłem wzdłuż linii kręgosłupa. Czułem jak jej ciało napręża się. Kiedy dotarłem do piersi, zadrżała i przestała całować mnie.
W jej oczach dojrzałem rosnące pożądanie.
Czekała z niecierpliwością na mój dalszy krok. Wsunąłem dłoń pod miseczkę i objąłem całą pierś. Ściskałem i puszczałem, masowałem… Za każdym razem, gdy musnąłem sutek – stał już naprężony – przymykała oczy, a rozszerzała nieznacznie usta.
Drugą ręką tymczasem odpiąłem zapinkę od stanika. Podniosłem bluzkę i odchyliłem miseczki. Na jej gładkiej twarzy malowało się zażenowanie, ale nie zaprotestowała, kiedy zacząłem całować jej „parę gołębi”. Najpierw dookoła, potem coraz bliżej szczytów. Czułem, jak jej ciało wita mnie i zaprasza: pręży się, drży pod wpływem dotyku i pieszczot. Droczyłem się z nią. Wodziłem ustami tak, aby niby przypadkiem muskać sterczący sutek – za każdym razem przyspieszała oddechu – ale nigdy nie skupiałem się na nim. W końcu nie wytrzymała i sama przycisnęła moją głowę do siebie.
Innego zaproszenia nie potrzebowałem. Teraz już się nie droczyłem, ani nie bawiłem w delikatności: ssałem, brałem w usta i pociągałem, lizałem natarczywie, troszkę nawet przygryzałem sterczący sutek. Jej dłonie głaskały mnie po twarzy i włosach. Moje zaś – miętosiły drugą pierś.
Była niższa ode mnie, więc tym szybciej zmęczyłem się. Podniosłem twarz i popatrzyłem jej w oczy: świeciły nikłym blaskiem. Małe dotąd usta zaczerwieniły się i powiększyły. Obróciłem ją plecami do mnie. Zdjąłem szybkim ruchem bluzkę i stanik. W międzyczasie, kiedy zasłaniała piersi rękoma, ja odgarnąłem włosy i ustami upieściłem szyję i kark. W końcu, delikatnie, acz zdecydowanie odkryłem jej piersi – tylko po to, aby objąć obie półkule własnymi, zachłannymi rękoma.
Dotychczas pozostawała bezwolna. Pozwalała mi na wiele, ale sama była dość bierna. Teraz zaczęła zadziornie kręcić pupą. Masowała przy tym moje krocze, co tylko potęgowało napięcie skrywające się w spodniach. Ja pierwszy nie wytrzymałem. Miałem już dosyć neckingu. Lewą ręką przytrzymałem jej dłonie a prawą wsunąłem szybko w spodnie. Nie za głęboko jednak. Wolałem podelektować się odkrywaniem jej sekretu, a przy okazji trochę potrzymać ją w niepewności. Próbowała uwolnić ręce, ale mój uścisk był zbyt mocny. Dołem ciała uciekała do tyłu, jeszcze bardziej napierając na mojego penisa.
Skórę miała gładziutką, wygoloną, choć zaczynał odrastać delikatny meszek włosów. Nie przeszkadzało mi to, wręcz przeciwnie. Wsuwałem palce niespiesznie, ale metodycznie, głębiej. Czułem wzrastające ciepło. Niecierpliwiłem się, chciałem dostać się do źródła tego ciepła, ale jednocześnie niesamowitą przyjemność sprawiało mi obserwowanie jej reakcji. Wygięła się w łuk, opierając pupę o moje krocze, głowę odchyliła i oparła mi na ramieniu. Ręce jej drżały. Cicho wyszeptała, żebym przestał… Ciało jednak mówiło coś zupełnie przeciwnego, a na twarzy mieniły się tylko niecierpliwość, wstyd i pożądanie. Patrzyłem chwilę w te piwne, szkliste oczy. Nie wytrzymała długo mojego wzroku, odwróciła twarz.
Jęknęła cicho, gdy dotarłem do rowka. Pomasowałem okrężnymi ruchami jego początek – był suchy. Ale wiedziałem, że gdzieś dalej musi się kryć źródełko. Posuwałem się wzdłuż cieplutkiej szczelinki, nie zagłębiając się w nią jeszcze, aż – znacznie niżej – natrafiłem na nieco wilgoci. Zanurzyłem się w niej. Pogmerałem trochę palcem i wróciłem do łechtaczki, ale tym razem sunąc wewnątrz szczeliny.
Nie bawiłem się już w subtelności. Pieściłem różyczkę znacznie szybciej i głębiej. Cała moja dłoń była wilgotna od soków. Tymczasem ona posapywała z cicha prosto do mojego ucha. Wyjąłem dłoń i szepnąłem:
– Spójrz jaka jesteś mokra...
Kiedy zwróciła wzrok na moją wilgotną dłoń, polizałem ją. Podsunąłem palce do jej ust, zaczęła ssać ich koniuszki. Zlizywała łapczywie własne soki. Nie sądziłem, że się na to zdobędzie. W nagrodę uwolniłem jej dłonie.
Nie protestowała już, kiedy wsuwałem rękę w jej spodnie. Drugą, wolną dłonią, zacząłem miętosić piersi. Po chwili zaczęła zaciskać uda, nie mogła ustać. Musiałem ją podtrzymywać.
Oparła dłonie na stole kuchennym. Wypięła się jeszcze bardziej. Wolną ręką zsunąłem jej spodnie. Próbowała mnie powstrzymać, ale nie była dość zdecydowana. Za karę wygiąłem jej ręce do tyłu, tak że musiała położyć się górną częścią ciała na stole. Nie była to zbyt przyjemna pozycja, ale nie miała siły, albo chęci, protestować.
Zsunąłem dresy do kostek, obnażając pupę. Nie myśląc wiele, przyklęknąłem i wtuliłem twarz między jej nogi. Zamruczałem aż, kiedy ogarnął mnie intensywny zapach jej pożądania i… wstydu. Zwarła uda, uniemożliwiając mi dostęp do cipeczki.
– Przestań… – powiedziała drżącym głosem, próbując oswobodzić się z mojego uścisku.
Pozwoliłem na to. Chciała szybko wciągnąć spodnie, ale tym razem to ja ją powstrzymałem.
– Zaczekaj – odwróciłem ją twarzą do mnie. – Jesteś taka piękna… Pozwól mi pieścić ciebie…
Ciemne loki opadały na zmieszaną twarzyczkę. Rumieńce wstydu dodawały jej tylko powabu. Stała przede mną naga próbując ukryć dłońmi piersi i łono. Cóż mogłem zrobić innego, jak tylko objąć ją ramionami i przytulić mocno?
Widać było, że mieszały się w niej dwa sprzeczne uczucia: pożądanie i wstyd. Ciało pragnęło dotyku, dusza doznań, ale umysł usiłował tamować zapędy.
Głaskałem skórę jej nagich pleców. Dotykałem włosów i twarzy. Wkrótce odwzajemniła te pieszczoty. Wsunęła drobne dłonie pod moją koszulę i wodziła nimi po skórze. Jej dotyk był gorący, dłonie zostawiały za sobą ciepły ślad. Odważyła się w końcu podnieść na mnie wzrok. W tych dużych, bursztynowych kamykach zatopione uwięzło już tylko jedno uczucie…
Zdjęła ze mnie koszulę. Zaczęła muskać ustami szyję. Nieśmiało zrazu, ale każdy kolejny pocałunek był coraz odważniejszy i bardziej namiętny. Wkrótce zajęła się moimi sutkami. Nie sądziłem nawet, że są tak czułe. Raz lekko ssała je, to znów wręcz przygryzała. Niewielki ból tylko wzmagał moje pożądanie.
Posadziłem ja na stole, i zdjąłem całkowicie spodnie razem z mokrymi majteczkami. Kolanem stanowczo rozszerzyłem uda. Kiedy uklęknąłem przed jej różą, zakryła ją dłonią, ale wiedziałem, że to już tylko gra pozorów.
Zacząłem całować i lizać wewnętrzną stronę ud. Sunąłem spragniony w górę, aby napić się ze źródełka. Wstrzymała oddech. Śledziła każdy mój ruch. Czułem jak napięte są mięśnie jej nóg. Dotarłem już prawie na szczyt. Pozostała tylko ostatnia przeszkoda – dłoń stojąca mi na drodze do zasmakowania wnętrza kwiatu. Jego woń drażniła nozdrza, zapraszała do skosztowania słodkiego pyłku.
Ostatnią przeszkodę usunęła mi z drogi sama, bez żadnych ponagleń, i szeroko otworzyła przede mną swoje najintymniejsze podwoje. Choć miałem przemożną chęć wpić się w nią, jak w soczysty, ociekający sokiem owoc, to jednak powstrzymałem własną niecierpliwość. Zacząłem wodzić językiem dookoła. Starałem się unikać muskania szparki. Zgodnie z moimi zamiarem doprowadziło to ją do szału. Położyła dłoń na mojej głowie, chcąc przycisnąć mnie do krocza. Przestałem wtedy robić cokolwiek. Złapałem jej nadgarstek; podniosłem wzrok i pokiwałem przecząco głową, oblizując przy tym lubieżnie usta. Poprosiłem, aby się położyła na stole.
Twarde drewno nie było zapewne najwygodniejszą łożnicą, ale już za chwilę miałem jej zrekompensować z nawiązką tę drobną niedogodność. Kiedy położyła się na plecach, ponownie zacząłem pieścić okolice łechtaczki. Mogłem przy tym swobodnie delektować się widokiem wyginającego się ciała, falujących piersi i słuchać cichych na początku postękiwań.
Najpierw, poczynając od dołu, pociągnąłem wolno językiem po całej długości szparki. Powtórzyłem czynność kilka razy, ale koniuszkiem mojego narzędzia tortur starałem się lekko zanurzyć w rowku, tak aby muskać krawędzie obu warg.
Po chwili mój język był już w środku. Nie mogłem się powstrzymać: wierciłem nim bez zastanowienia, bez ładu i składu. Na chwilę dałem upust żądzom. Już po chwili całą twarz miałem ponownie pokrytą lepką, pachnącą wydzieliną; językiem piłem z jej naczynia, jak kot chlipie mleko z miski.
Dopiero kiedy ugasiłem nieco pragnienie, kiedy opamiętałem się, spostrzegłem, że moje chaotyczne pieszczoty doprowadziły ją na skraj rozkoszy. Poruszała rytmicznie biodrami, nasuwała cipkę na mój język, abym mógł jeszcze głębiej ją wylizać. Jęczała już wyraźnie. Dłonie kurczowo zaciskała na krawędzi stołu. Zmęczony już nieco, na widok jej wijącego się ciała, zdwoiłem swe starania.
Teraz jednak działałem z większym rozmysłem. Do moich warg i języka dołączyłem palce.
Podczas gdy ssałem i lizałem łechtaczkę,
dwoma palcami skierowałem się do wejścia pochwy: zagłębiłem się najpierw powoli, nabierając tempa symulowałem ruchy frykcyjne. Na przemian robiłem to najszybciej i najgłębiej, jak tylko mogłem, to znów zwalniałem lub wręcz przystawałem na chwilę.
W końcu rozszerzyłem dłońmi wargi sromowe. Otworzyła się przede mną czerwona, mokra od śliny i soków niczym od porannej rosy – różyczka. Wtedy upieściłem wnętrze jej kwiatu. Żadnych gwałtownych ruchów. Tylko powolne, długie pociągnięcia – mój język poruszał się z wprawą niczym pędzel w ręku mistrza.
Po ruchach jej miednicy poczułem, że niedługo dojdzie. Przygotowałem na ten moment coś specjalnego. Usztywniłem język najmocniej, jak tylko mogłem i wykonywałem nim ruchy analogiczne do pchnięć członka. Spodobało się jej to, bo zaraz sama zaczęła nabijać się na mój wysunięty język.
Przyspieszyła tempa. Nie zważała na mnie. Chyba już w niewielkim stopniu panowała nad swoim ciałem. Objęła moją głowę udami, przyciskając do swojego krocza. Brakowało mi tchu, ale nie byłem w stanie się uwolnić. Mogłem już robić tylko jedno: wnikać w nią dalej, jeszcze głębiej. W chwili orgazmu aż uniosła swoje ciało. Przebiegł po nim dreszcz, potem drugi i kolejny, już nieco słabsze. Zdołałem uwolnić się z jej uścisku. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z nagłej ciszy. Co prawda oddychała intensywnie, ale brakowało mi tych głośnych pojękiwań i posapywań…
Uśmiechnęła się do mnie i położyła wyczerpana na stole. Jej piersi falowały w rytm oddechu. Spojrzałem na obiekt moich pieszczot. Cipeczka była już nieco „wymęczona”, ale nadal… taka mokra i apetyczna. Liznąłem ją kilka razy, ale powstrzymała mnie ręką:
– Wystarczy na dzisiaj…
| < Poprzednia | Następna > |
|---|




