Po egzaminach na studia szła na uczelnię, jak na ścięcie... Poznała na razie tylko jedną koleżankę, Ewę. Nie wiedziała jeszcze, że łaskawy los miał dla niej przygotowaną niespodziewaną, wielką miłość...
- Ewka, zobacz! - Ika wskazała koleżance placem wers na liście przyjętych na rok studiów – „Zbigniew Leszek”!!!...
- Słuchaj, chodźmy już!... cała się lepię – zniecierpliwiona Ewa z trudem poruszała częścią bluzki, próbując odkleić ją od spoconego w potwornym lipcowym upale ciała. Stały u wejścia do budynku uczelni, wystawione na niemiłosiernie prażące słońce.
- Ten z numerem 16-tym ma moje ukochane imiona męskie! - Ika nie zwracała uwagi na słowa koleżanki – Oba! – i Zbyszek, i Leszek! – czytała zaskoczona - I w dodatku – jest w naszej grupie! Będę do niego mówiła „Zbyszko”, jak do tego z Bogdańca– roześmiała się...
- Wolałbym „Leszku”, lubię swoje drugie imię... – usłyszała za sobą spokojny, stonowany, ciepły głos i odwróciła się... Zobaczyła wysokiego, błękitnookiego chłopaka z rozwichrzoną bujną czupryną, o wyjątkowo dużych nozdrzach... Miał niemiłosiernie ubłocone buty i w ręku trzymał kask motocyklisty. „Boże, jaki błękit” – pomyślała z zachwytem, patrząc w jego źrenice. A on podszedł i pocałował ją w dłoń... – jestem Leszek...
Nogi ugięły się pod nią. – Anka, czyli Ika – wyszeptała. Poczuła jakiś dziwny ucisk w klatce piersiowej i gardle.
- Ja jestem Ewka i jak zaraz nie pójdziemy się czegoś napić, to tu padnę trupem, jak pragnę zdrowia! – Ewa podała znacząco dłoń, ale Leszek uścisnął ją lekko.
„Nie będę myła tej ręki” – pomyślała zawstydzona Ika, zerkając na odchodzącego z kolegami jasnowłosego chłopaka i na niewidoczny gołym okiem ślad jego warg na swej dłoni.
* * *
Wakacje minęły szybko, a plan zajęć na studiach był tak napięty, że z trudem można było wygospodarować jakikolwiek wolny czas. Jednak ze Zbyszkiem dość często wyjeżdżali na motorze do pobliskiego parku z jeziorem. Ika kochała wodę. On to wiedział i celowo starał się wybierać na przejażdżki ciepłe, ale i deszczowe dni, aby woda ich łagodnie muskała. A Ika kochała tę jazdę, bo czuła się wtedy wolna, wiatr rozwiewał jej włosy, smagał twarz, oczy, usta...
Pierwszy raz właśnie podczas deszczu, gdy siedzieli tak oboje okrakiem na motorze nad jeziorem,
dotknął od tyłu delikatnie jej piersi,
oblepionych rozkosznie lekkim deszczem wrześniowego popołudnia, kiedy sutki przebijały miękką bawełnianą bluzeczkę, unosząc ją ponętnie do góry ...
Potem powoli włożył swe wielkie, gorące dłonie pod bluzkę, rozpiął stanik, mocno objął nabrzmiałe od rozkoszy piersi i ścisnął namiętnie. Ika zamknęła oczy... poczuła, jak od tylu przysuwa się do niej, całuje jej włosy i szyję, twarzą wodzi po jej głowie...
Deszcz lekko mżył dalej, a oni w nim się zatracali... cali...
Jej piersi odtąd zawsze już nabrzmiewały na sam tylko widok jego motocykla marki Jawa...
| < Poprzednia | Następna > |
|---|






