Autobus do Rzeszowa przez Radom i Tarnobrzeg odjedzie o godzinie 6.15 ze stanowiska piątego.
Mariusz zaciągnął się po raz kolejny, przesuwając wzrok po szaroburym dworcu. Pasażerów nie było zbyt wielu. Wysoki mężczyzna sprawdzał coś na rozkładzie jazdy. Młoda para wtulała się w siebie, próbując uchronić przed zimnem. Ktoś spacerował powoli w tę i z powrotem. W jego ruchach czuć było senność. Słońce wciąż jeszcze nie wzeszło.
Był grudzień. Czternasty. Poniedziałek. Dziś po raz pierwszy w tym roku spadł śnieg. Co prawda było go niewiele, zaledwie tyle, by ziemia przykryła się jego cienką warstwą, ale za to nie było obawy, że szybko się rozpuści, zamieniając się w brudną breję.
Było niemożliwie zimno..jpg)
Kolejne zaciągnięcie. Mariusz wypuścił dym nosem.
Mógł teraz siedzieć w ciepłym, ogrzewanym samochodzie. Ale miał pecha, jak zwykle. Wczoraj przydarzyła mu się stłuczka. Właśnie wczoraj, a dziś naprawdę potrzebował swojego Forda. Cóż, pech to pech. Ford wylądował w warsztacie, gdzie czekało go wstawienie tylniej szyby i założenie nowego zderzaka, a on na dworcu z perspektywą tłuczenia się parszywym PKS-em do jakiegoś tam Ostrowca, gdziekolwiek to jest.
Autobus do Bydgoszczy przez Płock i Toruń odjedzie o godzinie 6.20 ze stanowiska pierwszego.
Jechał do Ostrowca w interesach. Był przedstawicielem handlowym firmy, która produkowała suplementy. W Ostrowcu znalazł się ewentualny kontrahent, który chciał otworzyć sklep z odżywkami i był zainteresowany nawiązaniem współpracy. Miał zjeść z nim lunch, wytłumaczyć mu dlaczego ich produkt jest lepszy od badziewia konkurencji i podpisać umowę. Taki był plan, choć nie był pewien, czy uda mu się ta ostatnia cześć, szczególnie, gdy podjedzie na spotkanie starym, rzężącym autobusem.
Właściwie czemu jeszcze się dziwił, że mu się to przydarzyło? Przecież zwykle miał pecha, a teraz było po prostu jak zawsze. Żadna nowość.
Rzucił papierosa na ziemię, rozgniatając go czubkiem buta.
Wrócił na halę. Na dworze było zimno, a on miał jeszcze czas.
Stanął przy wciąż zamkniętym kiosku, ze znudzeniem patrząc na okładki magazynów.
Autobus z Białegostoku do Wrocławia przez Łódź odjedzie o godzinie 6.23 ze stanowiska drugiego
Gdzieś w pobliżu rozpłakało się dziecko. Omiótł wzrokiem halę. Ludzie kręcili się po poczekalni wyraźnie bez celu. Wszyscy opatuleni w grube płaszcze, szale i czapki. Wszyscy z torbami i walizkami. Tylko jakaś blondyna przy kasach zamiast z ciężką walizką szarpała się z berbeciem, drącym się jakby go obdzierano ze skóry.
-Przepraszam!
Najwidoczniej poszło o czapkę, której dzieciak za nic nie chciała założyć. Głupi bachor. Mariusz pomyślał, że nie chciałby mieć dzieci. Za nic.
-Przepraszam!
Lekkie dotknięcie.
Odwrócił się gwałtownie w stronę intruza.
Tuż przed nim stała młoda dziewczyna.
Na twarzy miała przepraszający uśmiech.
-Przepraszam... – zaczęła po raz kolejny. Głos miała zachrypnięty, oczy zaczerwienione. Płakała? Chyba tak. Zachowywała się nerwowo. Ręce miała drżące, wzrok rozbiegany. Wyglądała jak spłoszone zwierzątko, które zaraz zerwie się do biegu i ucieknie.
Przyglądał jej się ze zdumieniem, czekając aż dziewczyna coś z siebie wydusi. Ta jednak uśmiechnęła się lekko, choć jej oczy pozostały smutne i bąknęła cicho:
-Ja... Ja przepraszam.
Szybko obróciła się, najwyraźniej zamierzając odejść. Chwycił ją za ramię, delikatnie przytrzymując. Spojrzała na niego z przestrachem.
-Mogę w czymś pomóc?
Dziewczyna spuściła głowę, pozwalając, by jasne włosy opadły jej na twarz.
Ubrana była zupełnie przeciętnie. Czerwona, sportowa kurtka, dżinsy, duży plecak przewieszony przez ramię. Nigdy nie zwróciłby na nią uwagi. Nie takie go kręciły. On zabawiał się tylko z wydekoltowanymi panienkami w krótkich spódniczkach. Takimi, które można spotkać w każdym klubie i które kleją się do ciebie już chwilę po tym, jak postawisz im drinka. Z nimi była prawdziwa zabawa. Jedna, góra kilka nocy i następna.
-Okradli mnie... – mruknęła cicho dziewczyna. - Nie mam nawet za co wrócić do domu.
Zmarszczył brwi.
Tak, ta była inna. Miała włosy w ładnym jasnobrązowym kolorze. Pozwoliła im luźno spływać po ramionach. Na twarzy nawet grama makijażu. W uszach zamiast wielkich złotych kolczyków, do których się przyzwyczaił, malutkie perełki zupełnie nierzucające się w oczy. Gdyby do niego nie podeszła, nie zwróciłby na nią uwagi.
-Zaczepiłam kilka osób i już uzbierałam 10 złotych. –Wyciągnęła przed siebie rękę. Na dłoni miała kilka monet. -Tak pomyślałam, że może i pan mógłby... – głos jej się załamał.
-Mógłbym dołożyć?
Kiwnęła głową, nie unosząc wzroku. Wyglądała, jakby miała się zaraz spalić ze wstydu.
Sięgnął po portfel.
-Dużo ci brakuje?
Uniosła wzrok. Przez twarz przebiegł jej wyraz ulgi. Najwyraźniej spodziewała się, że ją ofuknie i przegoni.
-25 złotych.
Westchnął cicho, otwierając portfel. Oczywiście miał w nim same duże nominały, ale głupio było mu jej odmówić. Wyciągnął pięćdziesiąt złotych i podał banknot dziewczynie.
Oczy rozszerzyły jej się ze zdziwienia.
-Ale to za dużo! – krzyknęła, próbując mu oddać pieniądze.
-Weź – oznajmił ze spokojem. – Nie mam drobnych.
Przez chwilę wyraźnie się wahała, po czym nagle uśmiechnęła się szeroko i dygnęła jak panienka z dobrego domu.
-Dziękuję panu bardzo.
-Tylko bez „panu” – mruknął, choć z pewnością już tego nie usłyszała. Wsunęła banknot do kieszeni i pognała w stronę kas. – Nie jestem taki stary.
Ciekawe dlaczego podeszła właśnie do niego? Pewnie przez to jak był ubrany. Elegancki płaszcz, pod spodem garnitur, w ręce skórzana teczka. Wyglądał jej pewnie na takiego, dla którego te 50 złotych, które jej dał, było jak splunięcie. 50 złotych nie było dla niego splunięciem, ale czy ktoś musiał o tym wiedzieć?
Uśmiechnął się. Lubił sprawiać dobre wrażenie. Humor od razu mu się poprawił.
Autobus z Warszawy do Krosna przez Ostrowiec Świętokrzyski odjedzie o godzinie 6.30 z stanowiska trzeciego.
Czas na niego. Ruszył w stronę wyjścia.
Szarawy od brudu autobus właśnie wjeżdżał na swoje stanowisko. Był wielki i niezgrabny, tak jak wszystko na dworcu. Pojazd zatrzymał się, a czekający ludzie jak na komendę utworzyli kolejkę do drzwi, popychając się i napierając na siebie. Powoli, zupełnie się nie śpiesząc, ruszył w kierunku autobusu. Nie będzie się przecież pchał. Nie skoro jest tak ubrany. Musi trzymać fason.
Do autobusu wsiadł prawie jako ostatni, gdy cała popychając się hołota zajęła miejsca. Pokazał kierowcy bilet i usiadł na pierwszym wolnym fotelu. Wyjrzał przez okno.
Przed drzwiami autobusu stała już tylko para starszych ludzi wycałowująca swoją córkę, która zdecydowanie nie podzielała ich wzruszenia. Matka była prawie we łzach. Brakowało jej tylko białej chusteczki, którą na przemian mogłaby ocierać oczy i machać na pożegnanie.
Mariusz pokręcił głową ze zrezygnowaniem. Żenada. Kierowca najwidoczniej zgadzał się z nim w pełni, bo wychylił się z pojazdu i huknął:
-Proszę wsiadać!
Dziewczyna wreszcie wyrwała się w uścisków rodziców i z wyraźną ulgą skryła się przed ich czułością we wnętrzu autobusu. Kierowca zamknął drzwi i nie czekając aż dziewczyna usiądzie, ruszył. Ruszył i od razu gwałtownie zahamował. Dziewczyna bezwładnie poleciała do przodu. W ostatniej chwili złapała równowagę, ratując się przed upadkiem. W pośpiechu, mamrocząc pod nosem, usiadł gdzieś z tyłu.
Drzwi autobusu otworzyły się po raz kolejny i ktoś energicznie wbiegł po schodkach do wnętrza.
-Dziękuję... – Rozległ się głos, kogoś kto jeszcze przed chwilą musiał pędzić na złamanie karku. – Dziękuję, że pan poczekał.
Kierowca nie przejął się ani trochę wylewną wdzięcznością.
-Proszę siadać! – warknął wyraźnie niezadowolony.
Mariusz wychylił się ze swojego miejsca, żeby zobaczyć spóźnionego pasażera. Brwi ściągnęły mu się ze zdumienia. Tuż przed nim stał nie kto inny,
a dziewczyna, która jeszcze chwilę temu prosiła go o pieniądze.
Przywołał ją skinieniem ręki. Spojrzała na niego ze zdziwieniem odmalowanym na twarzy, po czym usiadła obok, wyraźnie speszona.
-Więc pan też jedzie autobusem do Krosna – rzuciła.
-Nie do Krosna i nie pan. Wysiadam wcześniej. W Ostrowcu.
Kiwnęła lekko głową.
-Bardzo panu dziękuję. Ja naprawdę nie wiem, jak się panu odwdzięczę.
-Zacznijmy od tego, że przestaniesz do mnie mówić „pan”. Jestem Mariusz.
Podał jej dłoń. Uścisnęła ją lekko, mówiąc swoje imię.
Właściwie była całkiem ładna z tymi gęstymi, brązowymi włosami i dużymi oczyma. Prawda, była zupełnie inna niż te, z którymi się zadawał, ale wciąż ładna. Taka... normalna.
Początkowo milczeli, dopiero gdy autobus wyjechał z Warszawy, zagadnął dziewczynę. Dowiedział się, ze ta jest studentką pielęgniarstwa, że miała wracać do domu już w piątek, ale nie udało jej się zwolnić z pracy. Dorabiała w weekendy w jakieś kawiarni przy Nowym Świecie. Usłyszał historię ukradzionego portfela, który ktoś wyciągnął z bocznej kieszeni plecaka nie wiadomo gdzie i nie wiadomo jak.
Dziewczyna nie była zbyt rozmowna. Mówiła powoli, ostrożnie dobierając słowa. Gdy rozmowa zupełnie przestała się kleić, przeprosiła, mówiąc, że chciałaby poczytać, skoro zrobiło się już w miarę jasno. Wyciągnęła z plecaka kieszonkowe wydanie jakieś powieści Kinga i zatopiła się w lekturze. Nie zostało mu więc nic innego, jak gapić się za okno. Oparł głowę o trzęsącą się szybę i patrzył na mijane domy. Tuż za Grójcem usnął.
Autobus z Łodzi do Lublina odjedzie o godzinie 8.45 z stanowiska pierwszego.
Lekkie szturchnięcie.
Zatrzepotał rzęsami, starając się uchwycić resztki snu. Śniło mu się, że próbuje rozgnieść pędzącego po stole robala. Już, już prawie go miał, gdy....
-Przepraszam, że pana budzę.
Obrócił głowę, spoglądając na pochylającą się nad nim dziewczynę. Zapinała właśnie swoją czerwoną kurtkę. Rozejrzał się, wyglądając przez okno.
-Jesteśmy w Radomiu – wyjaśniła. – Chciałam iść do toalety. Mógłby pan dopilnować, żeby kierowca beze mnie nie odjechał?
Było już zupełnie jasno. Cienka warstwa śniegu skrzyła się lekko w słońcu.
Ziewnął.
-Jasne... – mruknął. – Idź.
Dziewczyna znikła.
Zamknął oczy, opierając głowę o zagłówek.
Powinien iść zapalić. Kto wie, ile jest jeszcze z Radomia do tego całego Ostrowca?
Był taki senny. Rozchylił usta i już po chwili jego oddech wyrównał się.
Autobus z Częstochowy do Warszawy odjedzie o godzinie 8.50 z stanowiska drugiego.
Wyszedł przed autobus wyciągając z kieszeni paczkę papierosów. Wsadził jednego do ust, zaciągając się z lubością.
Toaleta była na uboczu, w osobnym budynku. Była podobna do tych obleśnym łazienek, z których musiał korzystać, gdy był 5 lat temu na kempingu na Mazurach. Głupi był, że dał się bratu namówić na ten wyjazd. Pogoda była okropna. Nic tylko padało i padało. Większość czasu spędzili w namiocie, a na kajakach nie popływali wcale.
Nagle przed budynkiem zauważył kobiecą postać. Czerwień kurtki, którą miała na sobie, mocno odcinała się od szarych ścian budynku. To była dziewczyna, której dał na bilet.
Machała do niego.
Ruszył w jej stronę, rzucając papierosa na ziemię. Zanim podszedł i zapytał, o co chodzi, znikła we wnętrzu budynku. Przystanął zdezorientowany, nie wiedząc, co ma zrobić. Po chwili zdecydował się wejść do środka. W końcu kiwała na niego palcem, więc chciała, żeby za nią poszedł, prawda?
W przedsionku przygotowane było okienko dla babci klozetowej, ale nikt w nim nie siedział. Na blacie stało tylko pudełko po lodach, z którego dosłownie wysypywały się monety. „Dziwne” – pomyślał i bez wyrzutów sumienia wszedł do łazienki bez płacenia.
Pomieszczenie było utrzymane w zaskakującym porządku. Kafelki lśniły czystością, w oknach wisiały śnieżnobiałe firanki. Mało tego! Do rury pod sufitem ktoś przymocował ususzony bukiet róż. To było jeszcze dziwniejsze niż brak babci klozetowej, tym bardziej, że łazienka z czymś mu się kojarzyła.
Dziewczyna stała odwrócona do niego tyłem. Wyglądała przez okno, uchylając firankę. Spojrzała na niego dopiero, gdy cicho chrząknął, żeby zwrócić jej uwagę. Na twarzy wykwitł jej przepiękny uśmiech. Zupełnie inny niż ten, którym obdarzyła go wcześniej. Był uwodzicielski, a pełne usta, czerwone jak rozgniecione maliny, wydawały się wyjątkowo apetyczne.
-Już myślałam, że pan nie przyjdzie – powiedziała zalotnym głosem.
Podeszła do niego powolnym krokiem. Zatrzymała się tuż przed nim, odgarniając włosy za ucho.
Właściwie nie była ładna. Była śliczna z tymi wielkimi oczyma i okrągłą buzią. Jak mógł wcześniej tego nie zauważyć?
-Na początku nie miałam pojęcia, jak mogłabym się panu odwdzięczyć, ale chyba mam doskonały pomysł.
Przejechała językiem po ustach. Na ten widok aż przeszedł go dreszcz.
Rozpięła kurtkę.
Pod spodem miała jedynie cienki, czarny golf opinający się mocno na jej ciele. Przyłapał się na tym, że gapi się na jej biust. Na materiale wyraźnie zarysował się kształt sutków. Czyżby nie miała...?
Chwyciła go za podbródek, delikatnie unosząc mu głowę do góry. Uśmiechnęła się lekko. Jej twarzy wyrażała pełne zrozumienie. Tak, jakby mówiła: „Nie mam ci za złe, że patrzysz. Przecież tego właśnie się spodziewałam. Tego chciałam.” Spojrzała mu prosto w oczy, po czym nagle uklękła.
Czyżby ona chciała...?
Wsunęła rękę pod jego płaszcz, dotykając wyraźnie już zarysowanej wypukłości na spodniach.
-Widzę, że zgadza się pan ze mną, że to doskonały pomysł.
Rozpięła mu płaszcz i zaczęła dobierać się do rozporka. Przełknął ślinę.
-Zaczekaj!– zatrzymał ją. – A jak ktoś wejdzie?
Dziewczyna w odpowiedzi prychnęła cicho. Spodnie zjechały mu gdzieś na wysokość kolan. Mruknęła, jak zadowolony kociak na widok ciemnych bokserek. Musnęła ustami jego uda najpierw powoli i niedbale, potem zasypała je tysiącem pocałunków. Każdy coraz wyżej, coraz bliżej tego upragnionego miejsca. Zamknął oczy, gdy przycisnęła wargi do jego brzucha.
Ściągnęła z niego bokserki. Uniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy. Na twarzy odmalowany miała wyraz głębokiego zadowolenia.
Otarła się o jego penisa najpierw prawym policzkiem, potem lewym. Robiła to powoli, specjalnie przedłużając torturę. Ani na chwilę nie opuściła wzroku. Zamknął oczy, nie mogąc wytrzymać jej palącego spojrzenia.
Pomyślał, że zaraz się przewróci, jeśli czegoś się nie chwyci. Nogi zrobiły mu się miękkie jak z waty, a w głowie zaczęło kręcić. Zrobił drobny krok do tyłu i od razu oparł się o ścianę, która nagle wyrosła mu za plecami, choć był pewien, że stał daleko od niej.
Wreszcie chwyciła ustami różową główkę
i zaczęła delikatnie ssać.
Westchnął cicho. Położył rękę na jej głowie, przyciągając ją do swojego krocza. Poczuł na skórze ciepły oddech, a potem zacisnęły się na nim rozkosznie miękkie usta.
-Szybciej - jęknął.
Dziewczyna zaczęła kołysać się rytmicznie w przód i w tył, sprawnie pracując językiem. Zrobiło mu się gorąco. Jeszcze mocniej zacisnął powieki.
„Niech to się nie kończy” – powtarzał w myślach. - „Jeszcze nie teraz”
Westchnął głośno, gdy delikatnie musnęła go zębami. Tego było już za wiele. Złapał ją za ramiona, gwałtownie podrywając do góry. Wpił się w jej wargi w brutalnym pocałunku. Objęła go mocno, pojękując cicho. Od razu zaczęła się o niego ocierać. Była tak gorąca, taka chętna. Wystarczyło wyciągnąć rękę i ją sobie wziąć.
Obrócił ją, przyciskając do ściany. Wsunął twarz w jej włosy, rozkoszując się jej zapachem. Pojękiwała cicho, za każdym razem, gdy tylko ją dotknął.
Nie myśląc wiele, sięgnął do paska, który miała przy spodniach. Rozpiął go i gwałtownie ściągnął jej dżinsy wraz z bielizną. Od razu wypięła pośladki w jego stronę.
-Proszę! Proszę! – jęknęła. – Już więcej nie wytrzymam.
Jej głos zadziałał na niego jak grom z jasnego nieba. Wszedł w nią bez wahania. Zadrżał, czując, jak zaciska się wokół niego. Taka ciasna, taka wilgotna. Zaczał kołysać biodrami.
-Ale pan jęczy... – mruknęła uwodzicielskim tonem.
W odpowiedzi zacisnął rękę na jej pośladku, przyspieszając.
-Co pan tak dyszy? – tym razem głos nie był uwodzicielski. Był wstrętny, gruby i donośny.
Z trudem otworzył oczy. Powieki miał ciężkie jak z ołowiu.
-Wstawać! Pobudka!
Silna dłoń zacisnęła mu się na ramieniu, potrząsając nim mocno.
To rozbudziło go na dobre. Rozejrzał się w koło, zupełnie nie wiedząc, co się dzieje.
Wciąż siedział w niewygodnym, autobusowym fotelu. Całe ciało zdążyło mu już zdrętwieć, a w karku wciąż czuł tą okropną sztywność.
Pochylała się nad nim babsztyl z piekła rodem. Tłusty, niski, z ostrym, długim nosem. Wkładał właśnie na siebie długi płaszcz, który w nieudolny sposób imitował futro.
-Panie, to już Ostrowiec! – rzuciła do niego kobieta. – Wstawaj pan!
Wyciągnęła włosy, które dostały się pod kołnierz płaszcza.
Autobus wjechał właśnie na dworzec i zatrzymał się na jednym ze stanowisk.
Spojrzał na fotel obok.
Był pusty.
-Ta dziewczyna, co tu z panem siedziała, jak wysiadała w Iłży, to prosiła, żebym pana obudziła, jak do Ostrowca dojedziemy – wyjaśnił babsztyl, widząc dezorientację na jego twarzy. – To jak prosiła, to budzę. A pan to od Radomia, jak zabity spał. A jęczał pan... Koszmar jakiś, co?
Powstrzymał się przed tym, żeby coś odwarknąć. Zamiast tego podniósł się, chwytając swoją skórzaną teczkę.
Gdy tylko drzwi się otworzyły, kobieta wyskoczyła z autobusu wprost w objęcia jakiegoś szpakowatego mężczyzny. Mariusz wysiadł tuż za nią.
W to, że to był tylko sen nietrudno było mu uwierzyć. Tak zachowywały się tylko łatwe laski, które wyrywał w klubach i które leciały na jego złoty zegarek, modne ciuchy i fajną komórkę. Dziewczyna, którą dziś spotkał była ulepiona z zupełnie innej gliny. Lepszej gliny.
Zacisnął dłoń na uchwycie teczki. Był ponury jak gradowa chmura.
Ze wschodu wiał zimny, grudniowy wiatr.
Nowa Kamasutra. Konkurs na najlepsze opowiadania erotyczne
| < Poprzednia | Następna > |
|---|




